czwartek, 2 czerwca 2016

265. O byciu dobrym.

Kiedyś myślałam, że w dniu sądu ostatecznego każdy będzie podchodził do wielkiego drewnianego biurka (to było w czasach przedkomputerowych) i będzie mu jakiś ktoś (pewnie Św, Piotr, ale może Św. Piotrzyca też) wyliczał wszystkie dobre i złe czyny, taką inwentaryzację zrobi, a potem się okaże, czy bilans jest na plus czy na minus i czy mam iść do nieba czy wręcz przeciwnie. Wyobrażałam sobie te archiwa moich własnych uczynków w postaci zeszytów z kolumnami cyferek (nie wiem, czemu cyferek, ale to było wtedy, gdy jako kilkuletnie dziecko uwielbiałam dodawać liczby do siebie, takie całe strony trzy cyfrowych liczb. Siedziałam i dodawałam. Więc cyferki miałam w głowie i na podorędziu).
Potem zrozumiałam, że Bóg mnie kocha dość konkretnie i jakby bezkresnie, jest w tej miłości dość nieracjonalny i szalony, prezenty by mi kupował, gdyby mógł i z pewnością nie będzie aptekarsko podchodził do mojego życia, zwłaszcza, że są ludzie, którzy się nawracają w ostatniej chwili (trochę uważałam to za nieuczciwe, bo jak to, ja przez całe życie się męczę, a oni na ostatniej prostej mówią, że w sumie to by chcieli i Bóg też ich wpuści?). Pomyślałam sobie, że nie muszę się tak dramatycznie starać, wystarczy, że pod koniec życia sobie jakoś to uporządkuję, a do tego czasu hulaj dusza, piekła nie ma.
Później ktoś mądry (?) mi powiedział, że takie kombinowanie to grzech i to w dodatku ciężki, bo przeciwko Duchowi Świętemu, czy jakoś tak i że nie można grzeszyć z nastawieniem, że się potem z tego wyspowiadam, bo to jest wstrętna manipulacja. A ja Ducha Świętego lubię, uważam go za fantastycznego kumpla i często z nim rozmawiam, zwłaszcza gdy się czegoś boję. Na ten przykład na stoku narciarskim sobie do niego śpiewałam, gdy niechcący zjechałam na czarną trasę i odwrotu już nie było. Więc trochę głupio jest grzeszyć przeciwko niemu.
Przestałam zatem.
Ale nie że grzeszyć. Przestałam zakładać, że się z tego wyspowiadam.
Dzisiaj żyję poza Kościołem, bo tak postanowiłam. Z różnych powodów, o których trochę pisałam na swoim blogu, a trochę mogę opowiedzieć w rozmowie bezpośredniej, jak kto bardzo ciekawy (najłatwiej mnie aktualnie spotkać w trakcie jakiegoś sportu, bajdełej, wymyśliłam sobie, że będę uprawiać przyjemne z pożytecznym i z ludźmi się umawiam na sportowanie). I swój kręgosłup moralny buduję nie w oparciu o nakazy i zakazy płynące z ambony, a o etykę, którą musiałam sobie sama zbudować. Bo nawet jeśli jest podobna do tego, czego mnie uczyli na katechezie i w oazie (tak, byłam kiedyś w oazie), to jednak diabeł - nomen omen - tkwi w szczegółach.
Więc dzisiaj już nie wiem, jak to będzie na tym sądzie ostatecznym. I nie wiem, co mi tam zasądzą i z jakim skutkiem. Ale wiem, że wolę być dobra na bieżąco, bo z tymi sądami i trybunałami różnie bywa. Zwłaszcza ostatnio.
Czego i Wam życzę.
Z okazji czwartku.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz