czwartek, 28 kwietnia 2016

262. W drodze do samej siebie.

W ramach ponownego dorastania do pisania tutaj i w innych swoich miejscach, dokonuję rozmaitych rozliczeń. Życiowo i twórczo.
Inwentaryzacja zasobów i potrzeba docenienia samej siebie.
Tego, co już mi się udało i tego, kim się stałam przez te wszystkie lata.
(czy wiecie, że niedawno mi stuknęło 15 lat blogowania?)

Trochę się sama z siebie śmieję, że to już kryzys wieku średniego, a trochę idę za tą atawistyczną potrzebą. Chcę wiedzieć, co jestem warta i chcę się w tej wartości przejrzeć.
Jak w lustrze.

Nie tylko po to, żeby zadbać o swoje poczucie wartości. Jestem też przekonana, że nazwanie po imieniu swoich funkcjonalności i kompetencji pozwoli mi zamknąć pewne etapy życiowe i zająć się tym, co mnie akurat kręci.

Ale to nie wszystko.
Chciałabym zdjąć z siebie cenzurę.

Nie chodzi mi o publiczne wyjawianie sekretów i intymności, wręcz przeciwnie - nawet jeśli moje granice prywatności ustawiłam dość daleko na skali, to, co najważniejsze zostaje dla mnie i dla najbliższych. Za to odczuwam potrzebę pisania prawdziwego i szczerego. Bardziej rogatego. Bardziej mojego. Wiele lat temu życie i koleżanki z podstawówki nauczyły mnie, że nie ma sensu mówić tego, co się myśli, bo można dostać po głowie. Próbowałam się dostosować. Średnio mi to szło, bo wychowana w innej kulturze, nie rozumiałam pewnych istotnych zależności naszej narzekliwej polskiej natury i tego, że sukces należy opluć, a porażkę celebrować.

Nadal nie jestem szczególnie dyplomatyczna. Sporo osób uważa, że najpierw mówię, a dopiero potem zastanawiam się, czy aby właśnie nie zabiłam jakiegoś małego kotka swoją niedelikatnością, ale nawet w tak niewielkim stopniu, w jakim istnieje, ta cenzura mnie męczy. Widzę, że jest we mnie dużo więcej słów i dużo bardziej czarnobiałych niż to, co zwykłam prezentować.

Duszę się.

Chcę przestać się bać mówić o tym, co niekomfortowe. Bo ja się boję. Że mnie ocenią, że źle o mnie pomyślą i że znowu nie będę nigdzie przynależeć (tego się chyba boję najbardziej). Bo przecież widzę, że w niektórych sprawach mam poglądy kompletnie nieprzystające. Nie pasuję więc ani do konserwatywnych i konsekwentnych katolików, ani do tolerancyjnych i walczących lewaków. Na wszelki wypadek wolę przemilczeć.  A wewnątrz wojna domowa, Cywińska kłóci się sama ze sobą i potrzebuje publiczności, bo w interakcji lepiej jej się myśli.

Ludzi i tak mnie będą oceniali. Czas się do tego przyzwyczaić. Jeśli więc mam mieć tylko kilkoro przyjaciół, którzy będą wiedzieli, że moje gadanie nie ma w sobie ani złośliwości, ani tym bardziej złych intencji, to niech i tak będzie. A skoro ktoś mnie nie akceptuje, bo jest mnie za dużo, zbyt intensywnie, albo debilnie się upieram, że nie jestem feministką, to i tak mnie nie polubi, choćbym nawet kwiatkami srała i tęczą. Uzna, że zbyt kolorowa, za bardzo pachnąca albo zwyczajnie zarzuci mi fałsz i wyrachowanie. Bo przecież tydzień temu mówiła co innego i znowu się wymądrza.

Nie ma sensu przejmować się tymi, którzy nas źle oceniają. Należy ich szanować i traktować uprzejmie, ale zmieniać się pod ich wpływem? Bez sensu. Natomiast ponosić konsekwencje własnych poglądów, a potem słów i zachowań? Tego właśnie potrzebuję. Poczuć kontrolę i wiedzieć, że akcja powoduje reakcję.

Tydzień temu byłam w Studiu Agnieszki Osieckiej na premierze nowej płyty Hey "Błysk". Nie zacytuję dosłownie tego, co powiedziała Kasia Nosowska, ale sens był taki, że zdała sobie sprawę, że jest już na tyle stara, że chce robić to, co lubi i mówić to, co myśli. Bo szkoda czasu na co innego.

I właśnie o to mi chodzi.

Jezioro Czterech Kantonów, Szwajcaria



2 komentarze:

  1. "W drodze do samej siebie" - jeśli w drodze do, to już dużo.
    Mam cztery lata blogowania za sobą, a wydaje mi się, że to epoka...

    OdpowiedzUsuń
  2. to co napisałaś bardzo do mnie przemawia i bardzo się z tym zgadzam.

    OdpowiedzUsuń