wtorek, 1 marca 2016

259. Taiwan, Taipei

Problem z pisaniem w trakcie podróży jest taki, ze zajmuje to czas. A na zewnątrz aktualnie śliczne słońce, Taipei czeka na mnie, a żołądek na śniadanie.

Na lotnisku załatwiłam sobie dwie najważniejsze sprawy na ten pobyt - internet i kartę easy card. Pierwsze wiadomo po co, za 10 dni internetu w dowolnych ilościach i rozmów za jakies grosze zapłaciłam 500 tutejszych dolarów, czyli jakies 55 zł. Kartę SIM mi włożył pan do telefonu, ktory wzięłam specjalnie w tym celu i znowu mogłam zacząć oddychać. A easy card to taka karta przedpłacana, dzięki której można jeździć metrem odrobine taniej, płacić za wynajęcie rowerów miejskich i ogólnie za transport w Taipei i na Tajwanie. Wpłacać na nią można m.in. we wszystkich seven eleven, wiec praktycznie w każdej mieścinie, a niewątpliwie ułatwia życie, gdy nie trzeba kupować oddzielnych biletów za każdym przejazdem. Metro jest tutaj bardzo tanie - koszt zależy od długości przejazdu, ale kilka stacji to ok. 16-20 NTD, czyli jakies 2 zł. 

Przyleciałam wczoraj ok. 17, w mieszkanku byłam juz ok. 19 (autobusem z lotniska, 125 NTD, przyjemnie i wygodnie, potem metrem kilka stacji. Jak juz wysiadałam z metra odpowiednim wyjściem, to mialam przez moment wrażenie, ze jestem na times Square, tyle świateł, hałasu i ludzi). Trafiłam bez problemu, bo mi host ładnie wyjaśnił i wysłał zdjęcia, klucze zostawił w skrzynce pocztowej. Podobno jest tutaj bezpiecznie. Po drodze do domu kupiłam sobie sushi na wynos, po 10 NTD sztuka (1,10 płn), całkiem smaczne, sosy i wasabi dodają do torebki. A w domu prysznic po długiej podróży, nieco tu zimno, bo mieszkania nieogrzewane, ale dałam radę. 

I można by zakladac, ze skoro jechałam prawie dobę, w Dubaju czekanie mnie totalnie wymęczyło, a do Taipei dotarłam wieczorem, to pewnie zaległam w łożku i pooglądałam chińską telewizje? Hmm.

Po jakiejś godzinie od przyjazdu pojechałam oglądać koniec festiwalu lampionów.

Bo od koleżanki z liceum dostałam namiar na ciekawą nowozelandkę tutaj w Taipei, i ona na mnie nasłała lokalnego naukowca z wydziału space science (zajmuje sie tym, dlaczego wiatr wieje), i razem sie spotkaliśmy na tym festiwalu świateł i uroczego kiczu. I razem wypiliśmy kilka tajwańskich piw. A potem zjadłam - na ulicy oczywiście- jakies dobre dania przez nich wybrane, w tym ryż z czymś ostrym, lekko słodki w posmaku, sałatkę babmbusową i kapustę w sosie rybnym. Mowili, ze to takie średnie miejsce, jesli chodzi o jakość, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. 

Prawdopodobnie wiec nie zdziwię Was tym, ze uznaliśmy, ze muszę z nimi w środę pójść pobiegać, bo oni takie fajne eventy bieganiowe organizują, a skoro nie mam butów, to należy mi je kupić. Rowerami miejskimi pojechaliśmy na targ nocny Shilin i nie wiem jak to sie stało, ale mam teraz slicznie pomarańczowe buty Merrell, do nawierzchni niekoniecznie gładkiej.
 Kosztowały duzo taniej niz w Polsce, wiadomo. 

W domu byłam po północy, ostatnim metrem chyba. 
I wtedy juz naprawdę zaległam. 

Zdjęcia bez obróbki. Państwo wybacza.
















2 komentarze: