czwartek, 25 lutego 2016

258. Tajwańskie przygotowania, choć ja już w drodze



Wydawało mi się, że zdołam napisać notkę przed wyjazdem, ale czas nam się skurczył dramatycznie, imprez wcale nie było mniej, a ja nadal każdą chwilę spędzałam na szukaniu informacji o Tajwanie. Byłam dość nieznośna, przyznaje, mam nadzieje, ze R mi wybaczy. Skoncentrowana na zadaniu i świadoma, ze to prawdopodobnie moja jedyna okazja na Tajwanie, więc głupio by było przegapić jakieś ciekawe miejsce. Ten lek przed potencjalnym ominięciem czegoś ciekawego jest moim dość uświadomionym natręctwem. Ujawnia się na szczęście rzadko. Ale nie ułatwia podejmowania decyzji, uwierzcie mi na słowo. 

Piszę do Was prosto z samolotu, miejsce 42K, po prawej przy oknie, świecące mi na ekran słońce zamknęłam, właśnie roznoszą jedzenie, pije sobie białe winko, oglądam Ant Man w telewizji Emiratesow przykryta kocykiem i jest mi naprawdę dobrze, nawet jeśli nie mogę rozprostować nóg. Nie wzięłam komputera, a jedynie mój stary iPad. Pisanie jest tak sobie wygodne, a poprawianie jeszcze mniej przyjemne, a juz zwłaszcza redagowanie akapitów. No ale wybrałam inną wygodę - komputera nie mogłabym nigdzie zostawić, wszak służbowy. A iPad jest lekki. Ma nadzieje, ze moje literówki i niedokładne polskie znaki nie bedą Was nadmiernie drażnić. 

A zatem za parę godzin ląduję w Dubaju, tam mam kilka godzin na rozprostowanie kości, a potem juz prosto do Taipei, gdzie wynajęłam mieszkanie na 4 dni. Załatwiam sprawy służbowe i zwiedzam miasto na tyle, na ile mi czas pozwoli. Następnie zaczynam dość szaloną marszrutę, najpierw na północ, nad morze, jeśli pogoda pozwoli, to tego samego dnia jeszcze odwiedzę mieścinkę na gorze, z której jest bardzo ładny widok na ocean (notę to self: sprawdzić, jaki to ocean). Po południu wracam do Taipei i wsiadam w autobus, jeśli się wyrobie czasowo, albo w szybki pociąg i przesiadam na autobus, jeśli zamarudzę nad morzem. 

Po kilku godzinach ląduję nad największym jeziorem na Tajwanie, czyli Sun Moon Lake i zostaję tam na dwie noce. Jest to miejsce tradycyjnych podróży poślubnych, wiec nastawiam się na spora ilości cudownego kiczu. Jakieś statki, busy, rowery, ale tez park atrakcji z kolejką linową i  kwitnące wiśnie. Przynajmniej mam nadzieję, że jeszcze są różowe. 

Nad jeziorem wynajęłam sobie trzy pokoje. Wszystkie po taniości. Dwa pierwsze w hotelach z miłością w nazwie. Pierwszy na zdjęciach wyglądał bardzo czerwono i różowo. Drugi nieco lepiej, bardziej neutrskny, serduszka tylko na ścianach. Ostatecznie zdecydowałam się na trzeci, który wprawdzie ma tylko dwie gwiazdki, ale opinie najlepsze. I chyba nie jest najbadziej nowożeńczy. Dobrze, ze istnieją takie serwisy jak booking.com i agoda.com - można po wielokroć zmieniać zdanie. 

Kolejnego dnia planuję wsiąść w autobus lokalny, czy tez raczej busik, bo na 20 miejsc (juz nawet mam bilet, fajnie się wypełnia formularze po chińsku) i przez góry dostać się do Alishan, parku na wysokości jakichś 2000 metrów, gdzie jeździ fajna kolejka, a ja lubię koleje, jak wiemy. Hotelu tam nie znalazłam na swoją kieszeń, wiec wieczorem musze się wydostać trochę w dół do Fenchichu, jeszcze nie wiem jak, bo ostatni autobus odjeżdża ok. 14. Ale spoko, jakoś dam radę. W Fenchihu (1400 m. n.p.m) spędzam noc i koło południa wsiadam w urokliwą kolejkę, która mnie zwozi na dół do Chiayi. Tam przesiadam się na szybki pociąg i wracam na północ, tym razem do Taichung, gdzie ostatnie dwa dni wycieczki spędzam służbowo na spotkaniach. 

A potem juz tylko pociąg z Taichung do Taouian, na lotnisko i lot z powrotem do Dubaju. W Warszawie ląduję w przyszłą środę przed południem. 

Nie uda mi się zobaczyć wąwozów koło Hualei w parku Taroko. Nie dojadę do Kaoshiung, gdzie miesiąc temu było trzęsienie ziemi. Nie bede tez w Kenting, na samym południu, gdzie jest klimat podzwrotnikowy i ładna plaża. Nie odwiedzę też aborygenskiego ludu Paiwan. 

Musiałam dokonać wyboru. 

Rozumiecie wiec, że przez ostatnie dni byłam mocno nieprzytomna. Przecież trzeba było nie tylko sprawdzić, gdzie chcę pojechać i co zobaczyć, ale rownież bardzo dokładnie zrozumieć, czego nie chcę odwiedzić i z czego mogę bezboleśnie zrezygnować. 

A potem musiałam znaleźć połączenia, uwierzyć, ze uda mi się zdążyć na wszystkie autobusy lub pociągi, ze biletów mi nie wykupią, nawet jeśli te najbardziej skomplikowane trasy mam w środku weekendu, a Tajwańczycy lubią aktywnie spędzać czas wolny. I noclegi tez znaleźć, mieszczące się w budżecie, i niekoniecznie dramatycznie zle, bo z karaluchami. No i wreszcie wymyślić plany b, gdyby coś nie wypaliło. 

Cały czas też byłam w kontakcie z kilkoma osobami, które są na Tajwanie i z którymi nawiązałam kontakt dzięki rożnym znajomym. Konsultowałam z nimi sensowność moich pomysłów. Jednoznacznie uwielbiam swoją sieć społeczną za to, ze jest tak rozległa :)  I zakładki w chromie przygotowywałam, żeby juz na miejscu sprawnie odnaleźć rozkłady jazdy i inne mapy, mapki oraz wskazówki, gdzie szukać przystanku odpowiedniej linii autobusowej, gdy juz wysiądę z pociągu. Jak dobrze, ze te wszystkie wyszukiwania można sobie dowolnie odnajdywać na poszczególnych diwajsach (tak, wiem, to nie jest polskie słowo. W moim idiolekcie diwajs to urządzenie z internetem. Dacie radę?). 

A oprócz tego trzeba było pracować, prowadzić nie mniej intensywne życie towarzyskie niż zazwyczaj, kupić lub pożyczyć rożne potrzebne powerbanki i przejściówki. I podjąć decyzje, czy spakuję się w walizkę, skoro jadę do miasta i służbowo, czy w plecak, skoro będę przemieszczać się po górach i busikami. 

Wzięłam walizkę. 
Jestem zmęczona. 
I totalnie podjarana. 

Tajwanie, nadciągam. 
Nie rozczaruj mnie! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz