czwartek, 25 lutego 2016

257. Przygotowania do wyjazdu na Tajwan

Mam umiarkowaną reisefieber i totalny brak czasu, żeby Wam tu wszystko ładnie opakować. Więc znowu pozwolę sobie na flow informacji praktycznych, z których - mam nadzieję - ktoś kiedyś skorzysta.

A nie mam czasu pisać porządnie, bo każdą wolną chwilę spędzam na czytaniu przewodników turystycznych i wpisów singapurskich oraz szanghajskich blogerek, które na Tajwan przyjeżdżają na weekend i zwiedzają wszystkie turystyczne miejsca. Na podstawie ich zdjęć (chwała bądź ludziom ze wschodu, że tak bardzo lubią fotografować!) mogę dość łatwo ocenić, czy dana atrakcja ma jakikolwiek sens, a dana potrawa ma szanse mi smakować. Fascynujące lektury i ogromna liczba praktycznych wskazówek.

Czytam więc i wybieram. Dzisiaj wieczorem na ten przykład zarezerwowałam mieszkanie w Taipei (pierwszych kilka nocy). Dzielnica Da'an, podobno dość hipsterska i na pewno bardzo żywa. Przy samym metrze. Mieszkanie jest całkiem spore, ma kuchnię (w większości mieszkań poniżej 50 EUR za noc w ramach kuchni widziałam co najwyżej lodóweczkę turystyczną i dwa kubki. Czasami czajnik). Ma też dwa okna (bardzo dużo mieszkań zostało przerobionych na pokoiki z łazienką i w konsekwencji nie wszystkie te oferty mają okna. Gdyby nie to, że doczytałam o tym braku okien w jakiejś recenzji, to nawet bym nie zauważyła, bo przecież człowiek nie szuka okna na zdjęciu, a raczej patrzy, czy czysto i czy łazienka nie jest pokryta grzybem, prawda?). Moja miejscówa jest na szóstym piętrze i mam mieć dostęp na dach, bo tam się mieści pralka i suszarka. Już się cieszę! Moim hostem jest biskup w kościele mormońskim i mam głęboką nadzieję, że uda nam się choć przez moment porozmawiać.

Zrobiłam coś, czego właściwie nigdy nie robię - kupiłam trochę dolarów amerykańskich. Na Tajwanie walutą są dolary tajwańskie. 100 TWD to ok. 11 PLN. Ponieważ moja karta płatnicza ma przelicznik przez EUR, to obawiam się, że straciłabym sporo na prowizjach od przewalutowania (z TWD na USD, z USD na EUR i z EUR na PLN). Gotówka w takim wypadku jest lepszym rozwiązaniem. Za pokoje zapłacę zdalnie, za samolot poszło w PLN. Wymienić pieniądze należy na lotnisku, tam jest jeden z niewielu kantorów. Potem już tylko w bankach i z prowizją. Oraz za okazaniem paszportu.

Na lotnisku zamierzam też sobie zorganizować kartę SIM. Wprawdzie mówią, że istnieje darmowy internet państwowy, ale to może być za mało jak na moje potrzeby Dodatkowo chcę móc normalnie korzystać z sieci w trakcie przemieszczania się (również w pociągu). Jeszcze dokładnie nie wybadałam, ile taka karta kosztuje, ale chyba 500TWD na tydzień czy też na 10 dni. Nie jest to fortuna, a dzięki temu będę mogła postować zdjęcia na bieżąco. Już się cieszycie, prawda? Karta SIM oczywiście też za okazaniem paszportu.

Wtyczki elektryczne są takie jak w USA. Prąd też (110 V). Muszę wziąć kilka przejściówek. Kupiłam sobie niewielkiego powerbanka na jakieś dwa ładowania telefonu. Będę ładować ajfona i moją starą motoG (w której będę trzymać kartę SIM z internetem). Udało mi się kupić niedrogo coś fajnego - Młody wybierał - bo nie dość, że zgrabne i turkusowe, to jeszcze można ładować telefon w trakcie gdy ładuje się powerbank (to się chyba nazywa pass through czy jakoś tak).

Ściągnęłam sobie appkę do tłumaczenia ideogramów chińskich. Fajna sprawa - robię zdjęcie rysunkom, a ona mi mówi, co one oznaczają. Być może uda mi się dzięki temu mieć choć minimalną kontrolę nad tym, co będę zamawiać w knajpach.

A propos jedzenia. Planuję odwiedzać codziennie night markety z jedzeniem i chcę spróbować wszystkiego. Blogerki mnie przekonały, że to jest najlepszy sposób na obcowanie z Tajwanem, tajwańską kulturą i Tajwańczykami. Być może trafię na lody ze słodkich ziemniaków, zastanawiam się, czy uda mi się przełknąć stinky tofu i na pewno zamierzam się objeść owocami. A także omletem z ostrygami. I całą masą ciekawych dziwnych słodkich i nie tylko przekąsek. Dieto, precz. (acz i tak podejrzewam, że nie przytyję nadmiernie. Szczęśliwie w czasie podróży najczęściej chudnę, choć rzadko kiedy się ograniczam. Widocznie chudnę, gdy jest mi bezstresowo. No, w Gruzji nie schudłam, ale tam nas karmili siedem razy dziennie czystymi kaloriami).

W czasie lotów zamierzam obejrzeć parę zaległości filmowych. Emirates są na tyle miłe, że publikują na swojej stronie aktualną zawartość swoich telewizorków. R. już mi zrobił listę imponderabiliów, a ja się zastanawiam, czy aby nie obejrzeć pierwszych trzech odcinków Gwiezdnych Wojen. Nawet jeśli mówio mi, że nie wolno. 

A poza szukaniem mieszkania i przeglądaniem turystycznych atrakcji poza Taipei (nadal nie wiem, w którą stronę pojadę i na ile, a w sumie warto by było się jakoś zdecydować, bo przecież jeśli mam codziennie zmieniać miejscowość, to może nie ma sensu brać wielkiej walizy? Z drugiej strony ona może mi się przydać w razie niespodziewanych zakupów. Na Tajwanie nie jest drogo. Jest nawet bardzo niedrogo.), no więc poza przeglądaniem potencjalnych marszrut i możliwości, czytam sobie o historii wyspy. Nie że jakąś książkę, ale w wikipedii sobie pootwierałam kilka zakładek.

Tajwan ma całkiem bogatą historię. W XVI wieku kolonizowany przez Holandię i Hiszpanię. Później pod zarządem chińskiej dynastii Qing, a pod koniec XIX wieku przekazany w ręce Japończyków po wygranej przez nich wojnie chińsko-japońskiej. Ci zaopiekowali się wyspą aż do drugiej wojny światowej. Tajwan wrócił pod opiekę Chin w drugiej połowie lat 40-tych XX wieku i póki co pod tą opieką się znajduje.

Jest też śliczna historia, którą udało mi się przypadkiem wyłapać, a dotyczy lokalnych Aborygenów, a konkretnie to ludu Paiwan (południowa część Tajwanu). Aborygeni nie patyczkowali się z potencjalnymi najeźdźcami i zdarzało im się wymordować całe załogi statków. Tak też zrobili bodajże w 1871 roku z załogą japońskiego statku (ponad 50 osób), który przepływał za blisko ich terytorium czy jakoś tak. Japonia chciała w konsekwencji zająć to terytorium, na co Chiny zeznały, że one się opiekują Tajwanem i żeby Japonia nie leciała w kulki. Japonia na to, że tak nie może być, bo przecież nie sprawują kontroli nad ludem, skoro ich zaatakował niesłusznie. A Chiny, że sprawują nad terytorium, acz nie wymuszają zmian kulturowych. Więc Japonia się wkurzyła i wysłała ekspedycję karną w postaci 3600 żołnierzy. I wikipedia tak o tym pisze:

"The Japanese nevertheless launched an expedition to Mutan village with a force of 3600 soldiers in 1874. The number of casualties for the Paiwan was about 30, and that for the Japanese was 543; 12 Japanese soldiers were killed in battle and 531 by disease"

Polubiłam tych ludzi natychmiast i zastanawiam się wręcz, czy nie pojechać na południe wyspy, byle ich zobaczyć, pogratulować skuteczności działania i ewentualnie odwiedzić pozostałości po tamtych wydarzeniach. 500 osób zatruli czy też wykończyli. Piękny wynik.

Tymczasem na wyspie o powierzchni 400 km x 150 km (w najszerszym miejscu), mieszka jakieś 25 000 000 ludzi. Daje to Tajwanowi 16te miejsce na świecie w temacie gęstości zaludnienia. A musi to być jeszcze poważniejsza sprawa, bo przypominam, że przez środek wyspy przechodzi pasmo górskie z 200 szczytami o wysokości ponad 3000 m npm. Słabo?

No dobra, tyle ciekawostek na dzisiaj. Idę spać. Jutro zamierzam się zdecydować, czy będę objeżdżać wyspę wokoło, czy jednak wybiorę jakieś jedno miejsce i tam zalegnę na 3 dni. Podobno teraz na Tajwanie to głównie deszcz pada. Czy powinnam zapakować kalosze? ;)

Lud Paiwan.
Zdjęcie pobrane z serwisu flickr.com, fot.: billy1125 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz