wtorek, 19 stycznia 2016

252. Plany i marzenia na 2016.

Od dłuższego czasu pluję sobie w brodę, że przestałam pisać. Wymówek mam sporo. A to za dużo zajęć, a to zbyt wiele czasu poza domem, a jak już w domu, to w towarzystwie Radka i cholera jasna, nie ma kiedy usiąść i się zastanowić. A co dopiero napisać.

Poszłam więc po rozum do głowy i przy pomocy Dziecka osobistego założyłam Radkowi nowy blog, dzięki czemu on pisze, ja piszę, siedzimy obok siebie, życie jest piękne.

A zatem. Jaki będzie ten 2016? Fantastyczny, wiadomo ;)

Ale zanim zacznę rozpisywać swoje tl:dr, to jednak parę słów podsumowania 2015. Takie krótkie ewaluacje są dla mnie ważne - ustawiają mnie na swoistej skali zadowolenia i pozwalają - w trudniejszych momentach - odnieść się do tego, co mi się udało. A że mam pamięć złotej rybki, to gdybym nie zapisywała swoich przemyśleń i różnych zdarzeń, to raczej nie mogłabym na nich budować niczego, a już na pewno nie poczucia wartości.

Więc. 2015.  Jak Cię będę wspominać? Z jednej strony wiadomo, że dla kobiety tak patetycznie emocjonalnej jak ja, rok w którym poznałam zajebistego faceta i się z nim związałam, będzie już na zawsze "rokiem, w którym poznałam zajebistego faceta i się z nim związałam", ale przecież jest tego więcej. Przede wszystkim dom stał się domem - zaczął żyć i stał się cudnie ciepłym miejscem. Na tyle zresztą ciepłym, że dopłata za zużytą wodę będzie dość istotną pozycją w budżecie styczniowym. A może i lutowym.

Oprócz tego zaczęłam chodzić na chór. I przestałam. Ale tylko chwilowo, bo mi się terminy nakładają. Za to przypomniałam sobie, jak bardzo lubię śpiewać i jak wiele to uruchamia endorfin, dopamin i innych witamin. Nie odpuściłam kravki, choć wiele na to wskazywało, bo najpierw moja sparing partnerka się przeprowadziła, a potem wybiłam sobie palec na kilka dni przed egzaminem i przez dłuższą chwilę nie mogłam trenować. Skądinąd paluszek nadal lekko zgrubiony i przygarbiony, co mnie wcale nie cieszy, gdyż jest to palec serdeczny prawej ręki i powstały ostatnio pewne zakusy, żeby go udekorować, a tu dupa, diamentu nie będzie, bo "palec masz za gruby". Już ja mu dam za gruby.

Poznałam dziesiątki nowych ludzi. Trochę to kłopotliwe, bo moja udawana prozopagnozja może być akceptowalnym wyjaśnieniem, gdy się komuś przedstawiam po raz drugi, wiadomo, przy tej liczbie znajomych Radka każdy by się potknął; gorzej jednak, gdy po raz czwarty w ciągu miesiąca podaję komuś rękę, mówiąc, jak mam na imię, do głębi przekonana, że się jeszcze nie spotkaliśmy. Kiedyś opowiadałam, że muszę się z kimś przespać, żeby zapamiętać jego imię, teraz już mi tak nie wypada, ale co ja na to poradzę, że jeśli tej wódki z nim nie wypiję i nie przegadam pół nocy, to niewielkie są szanse, żebym go po tygodniu poznała na ulicy. Gdyby jeszcze ludzie chodzili zawsze tak samo ubrani. Czy opowiadałam Wam już o tym, jak wygląda oglądanie ze mną filmów albo seriali? Wystarczy, że bohaterowi zmienią koszulę, a ja już się gubię.

A jak już przy filmach jesteśmy, to kolejne ważne wydarzenie w 2015: nie dość, że obejrzałam po raz pierwszy Gwiezdne Wojny (tylko kanoniczne odcinki, wiadomo), to jeszcze pojechałam na konwent fantastyki i udawałam, że rozumiem cokolwiek. Uwspólnianie kodów kulturowych wcale nie jest takie proste, zwłaszcza, gdy nasze biblioteki różnią się w 98%. Radek twierdzi, że mamy wspólnego tylko Mistrza i Małgorzatę. A ja nie chcę go martwić, że nawet z tej książki niewiele pamiętam. Już i tak załamuje nade mną ręce, gdy wychodzą kolejne braki w moim wykształceniu. Aktualnie kazał mi czytać Hyperiona. No to czytam. Ale Chewbaccę (kliknijcie, warto) pokochałam samodzielnie. Nikt mi nie kazał.

W zakresie podróżowania 2015 rok był całkiem pozytywny. W lutym bardzo udana Barcelona, w czerwcu cudnie leniwa Majorka, latem dziesiątki imprez wyjazdowych (prawie żadnego weekendu nie spędziliśmy w Warszawie), pod koniec sierpnia służbowe Niemcy połączone z wycieczką do Szwajcarii i Lichetnsteinu, a w listopadzie Paryż. Chciałoby się więcej i częściej, ale grzechem byłoby narzekać.

Trochę odpuściłam jazdę na motocyklu. Na początku sezonu byłam obrażona, że nie udało mi się wygrać w konkursie Harleya Davidsona, później zepsułam sobie paluszek, a to akurat nie pomaga w manewrowaniu manetką hamulca, a potem się okazało, że ciągle jeździmy gdzieś we dwoje, więc moto jakoś nie pasuje i ciężko się na nim przewozi cały majdan potrzebny, gdy mieszkasz trochę na dwa domy. Albo gdy jedziesz na trening po pracy.

Nie udało mi się też utrzymać regularności pisania, ale wierzę, że to tylko chwilowe zachłyśnięcie nowym i pozakomputerowym życiem. Lumpiata w krainie seksu czeka na nowe posty i jest ich cała długa kolejka. Gdyby mnie ktoś odłączył od ludzi i internetu społecznościowego, to bym je napisała w tydzień. No ale przecież potrzebuję Was jak powietrza, więc to stanowczo głupi pomysł.  Nawet jeśli mam prawie gotową książkę, którą napisaliśmy z kumplem już ponad rok temu. Nawet jeśli w głowie mam obrazki i rysunki, którymi chciałabym Was obdzielić. Wszystko w swoim czasie.

No i jeszcze jeden brak sukcesu - nie tylko nie schudłam dalej, to jeszcze przytyłam ze 3 kilo i jakoś ciężko mi je zrzucić. Wicie gniazda nie zużywa zbytnio kalorii, za to wspólne gotowanie je napędza. Ale pracujemy nad tym. A ludzie i tak twierdzą, że wyglądam dobrze. Zakochana kobieta jest zawsze piękna, prawda?

Tymczasem 2016 przybył niepostrzeżenie i już druga połowa stycznia, a ja nadal się nie zapisałam na siłownię ;) Chodzi mi po głowie, żeby sobie rozpisać cele i marzenia na konkretne miesiące - że na przykład w styczniu skupię się na zdrowiu, w lutym na sporcie, w marcu na czytaniu, i dzięki temu krok po kroku wdrożę nowe nawyki. Ale nie wiem, czy starczy mi pary na takie wewnętrzne uporządkowanie. Zwłaszcza, że zmiana nawyków wymaga nie tylko konsekwencji, ale też pozytywnej motywacji, widocznych efektów i nagród cząstkowych. Więc jeśli zaplanuję sobie schudnięcie 10 kg w tym roku (bardzo śmieszne, wiem), to powinnam to sobie rozłożyć na 4 progi po 2,5 kg i przy każdym progu zafundować sobie jakąś nagrodę. Bycie swoim własnym coachem jest piekielnie trudne. 

A gdyby tak przyjąć perspektywę tygodnia? I rozpisać sobie dzień na kategorie? Moje postanowienia wyglądałyby wtedy mniej więcej tak:

- pół godziny dziennie na bycie twórcą (pisanie, rysowanie, wymyślanie)
- pół godziny dziennie na sport - 3,5 tygodniowo
- pół godziny dziennie na bycie odbiorcą treści innych niż internet (książki! filmy!)
- godzinę dziennie na dbanie o ciało (higiena, zdrowe jedzenie)
- pół godziny dziennie na naukę (nowy język? nowe studia?)

I jeszcze plany. Zróbmy je w formie czasu przyszłego, a nie w trybie przypuszczającym. Zawsze to zwiększa szanse na realizację. A więc: w 2016 pojeżdżę trochę po świecie. Może uda się wyjechać poza Europę? I po Polsce też popodróżuję. Pojeżdżę także na motocyklu i rowerem i autem i ogólnie będę się przemieszczać. W sumie pociągiem też nie pogardzę. Ani samolotem. Łódkę już planujemy, więc nie muszę jej tu uwzględniać.

Trochę schudnę, popracuję nad zdrowiem i ogólnie zadbam o siebie. I o Was także. Będę pisać, może coś wydam, i nie będą to tylko pieniądze na kolejne kiecki. I zdjęcia będę robić. A wieczorami imprezować. I znowu noce będą za krótkie. Nad tym też popracuję, bo niedobór snu powoduje tycie.

No i ten palec serdeczny prawej ręki naprawię do końca.
Z pewnością się przyda :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz