czwartek, 26 listopada 2015

250. Paris, Paris (+ trochę zdjęć)

Tak, teraz już mogę się przyznać, że całkiem porządnie się bałam przed tym wyjazdem. Że samolot nie doleci, że coś niedobrego się wydarzy na miejscu, że jakiś wybuch, atak, zamach, cokolwiek i że nie wrócimy w jednym kawałku. Nie paraliżowało mnie to, ale niewątpliwie duża część mojej pamięci operacyjnej była zajęta stresem.
Żadna przyjemność.

Rzecz jasna nie przyszło mi przez myśl, żeby zrezygnować. Wróć, przeszło. W dniu zamachu mieliśmy jeszcze 5 dni do wylotu i wtedy wydawało mi się, że nie ma sensu się przejmować, bo przecież Paryż jest teraz na pewno najbardziej bezpiecznym miejscem na świecie. I prawdopodobieństwo, że coś nam się przytrafi jest stanowczo niższe niż to, że zginę w wypadku samochodowym. No ale potem zaczęły wpadać informacje o kolejnych planowanych atakach, a dzień przed wylotem była impreza w St Denis, gdzie panowie terroryści się schowali przed planowanym atakiem na dzielnicę La Defense. No cudownie. 

Jechałam w totalnym stresie. 

Na szczęście nie wydarzyło się nic złego. Nic a nic. A od chwili przybycia na miejsce poczułam się już całkiem dobrze. Miałam zresztą wrażenie, że większe zdenerwowanie wyczytywałam w polskich mediach niż widziałam na paryskich ulicach. 

Paryż był wygaszony, to prawda, ale nie był spanikowany. Smutny, ale nie zamarznięty. Lekko przystopowany, ale z pewnością nie dramatycznie przerażony czy też gotów do jakichkolwiek ustępstw. 

Na lotnisku w Beauvais czekaliśmy z 45 minut zanim nas przepuścili przez "zamkniętą granicę". Panowie policjantowie bardzo dokładnie sprawdzali wszystkie paszporty, kartkując strona po stronie. Nikt się nie denerwował. Na ulicy w mieście wojsko, ale nie w jakichś ogromnych ilościach, po trzech panów z długą bronią i palcem gotowym do strzału (nie na spuście, bo tak nie wolno, ale wzdłuż lufy) wokół wszystkich miejsc turystycznych i bardziej publicznych. Pod Notre Dame łazili stadami i w pewnej chwili mieliśmy ich trzech z przodu i trzech z tyłu. Safety first ;)

Dokładnie tydzień po zamachach trafiliśmy na place de la Republique. Dużo ludzi, jeszcze więcej kwiatów i zniczy. Jakiś bit puszczony z głośnika, ktoś skanduje, ktoś skacze, ktoś tańczy, ogólnie jest impreza i nic nie wskazuje na żadną smutną żałobę. Paryżanie się nie poddają. Piszą kartki z hasłami, z listami, z całymi elaboratami, że tak się nie robi. Młody mężczyzna stoi z kartonem, że jest Francuzem, muzułmaninem, Paryżaninem i nie trzeba się go bać. Wystarczy mu zaufać. 

W knajpach życie jak co dzień. Przecież coś trzeba zjeść, gdzieś się spotkać ze znajomymi. Nie zauważyliśmy mniejszego ruchu. W tych lunchowych ekrany włączone na wiadomości, a ludzie filują kątem oka. Pewnie nieco bardziej niż zazwyczaj. W knajpach wieczornych - piwo, świeczki i muzyka. Spotkania towarzyskie i smaczne jedzenie. Napięcia brak. 

Liczba ludzi w rozmaitych przybytkach zauważalnie mniejsza - skrzętnie z tego skorzystaliśmy. Brak kolejek do muzeów jest całkiem przyjemnym skutkiem ubocznym listopada, deszczu i tego, że turyści się przestraszyli. Samolot był w dwóch trzecich pusty w tamtą stronę. Mam jednak nadzieję, że to tylko chwilowe i zaraz biznes zacznie się kręcić w odpowiednim rytmie. Paryżanom już starczy kłopotów. Wydaje mi się też, ale przecież nie mam porównania, że nieco mniej dzieciarni na ulicach. Tej malutkiej, w wózkach z rodzicami, i tej większej szwendającej się tu i ówdzie. Przynajmniej w centrum Paryża. 

Gdy wchodziliśmy na cmentarz Pere-Lachaise, akurat jacyś młodzi poważni ludzie z niego wychodzili. Smutni. Widać było, że wracają z pogrzebu. Miałam wizję, że to znajomi kogoś, kto zginął w zamachu. Rzecz jasna to tylko moja fantazja, ale ich widoczne zamyślenie połączone z umawianiem się, kto z kim jedzie i gdzie się impreza przenosi, było jakoś przedziwnie krzepiące. 
Życie trwa dalej.  

Wszędzie nam sprawdzali torby i plecaki. Nawet przy wejściu do kościoła i nawet przy wejściu do sklepu! I nikt z tym nie miał żadnego problemu. Tak samo zresztą na lotnisku powrotnym, gdy kontrola bagażowa była bardziej szczegółowa, a zbyt powolna kontrola paszportowa opóźniła kilka wylotów. Ktoś tam się denerwował, że jak tak można. Ale nie kwestionował sensu, tylko sposób realizacji. Czemu jest dwóch panów, a nie czterech albo sześciu. Czy nie mogliby nas podzielić na samoloty, żeby wiadomo było, kto powinien tę kontrolę przejść pierwszy. Tak, Francuzi sobie radzą. 

A abstrahując od tych wydarzeń, o ile można od nich abstrahować, to Paryż nas zachwycił. W każdym możliwym miejscu. Nawet wtedy, gdy zgubiłam swój ulubiony kolczyk. I gdy zbiłam ekran z pożyczonego ajfona. I gdy padał zimny deszcz, a w knajpach było drogawo. Złaziliśmy to miasto wzdłuż i wszerz, kapineczkę liznęliśmy różnych jego smaków, zrobiliśmy jakieś 70 km pieszo (wedle krokomierzy) i ze 20 km na rowerach i poczuliśmy, że na pewno tam wrócimy. 

Wszak wieża Eiffle'a nadal niezdobyta. 
A do Sekwany wrzuciliśmy garstkę monet przez lewe ramię. 
Dwa razy. 

Więcej zaklęć nie znałam, ale te powinny starczyć. 

Trocadero, zwróćcie uwagę na naklejkę na znaku. 

Wieża. Miała być trójkolorowa tylko do środy. Poczekała na nas. 

Champs Elysees zwiedzaliśmy na rowerach. 

Stacja benzynowa niedaleko place de la Bastille 

Musee d'Orsay. Piękne. 

Wolności, moja miłości! (metro linii 9)

Place de la Republique, 20 listopada. 

Montmartre. Tuż pod Sacre Coeur. 

Niedaleko Pere-Lachaise. 

Bataclan. Napis na plakacie "nawet nie boli". 

Rysunków od dzieci było bardzo wiele. Tu akurat z 1 klasy. 

Ernest Hemingway, Paris est une fete (dosł: Paryż jest świętem)

Fuck Djihad. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz