poniedziałek, 16 listopada 2015

248. Ludzie ludziom czyli o uprzejmości.

Ojciec mojego Ojca (rocznik 1884) zwykł mawiać, że najbardziej uprzejmy jest wobec osób, które najmniej szanuje. Nie miałam okazji go poznać, zmarł parę lat przez moimi narodzinami. Był podobno bardzo porządnym i do bólu konsekwentnym człowiekiem, a do tego legalistą. Bardzo kochał swoją drugą żonę, moją Babcię. I swojego młodszego syna też.

Dopiero niedawno zrozumiałam te jego słowa i doszłam do wniosku, że Dziadka postawa i strategia były bardzo słuszne i sensowne, i wcale nie świadczyły o jego słabości. Bo przecież widzę, że jeśli z kimś mi nie jest po drodze, to najlepiej jest zachować chłodny, ale maksymalnie uprzejmy dystans. Dla swojego zdrowia, przede wszystkim, ale dla świętego spokoju również.

Od jakiegoś czasu uważam, że to, że ktoś się zachowuje nie w porządku wobec mnie, nijak nie usprawiedliwia mojego niewłaściwego zachowania wobec tej osoby. I zdarzyło mi się przeprosić kogoś, kto zrobił mi wielkie świństwo za to, co ja mu zrobiłam w akcie swoistej zemsty. Bo po czasie doszłam do wniosku, że taka zemsta nie jest ani dojrzała, ani tym bardziej konstruktywna. I co z tego, że jego zachowanie nadal oceniam bardzo źle, nie mam jednak na nie wpływu. Zmienić można tylko samego siebie. Dlatego przeprosiłam.

Ciężko mi czasami pojąć to, co otaczający mnie ludzie potrafią zrobić sobie nawzajem. A już w szczególności to, co się dzieje między wykształconymi - wydawać by się mogło - osobami, gdy dyskutują w internecie i w innych obszarach sfery publicznej. I nawet jeśli bezpośrednim bodźcem do napisania tych słów są dla mnie kłótnie na temat sytuacji w Paryżu i jej przyczyn oraz uchodźców, muzułmanów i islamistów (a także homoseksualistów, lewaków i narodowców), to nie piję w tym momencie do żadnych konkretnych wpisów czy też hejtów. Jest to raczej smutna refleksja nad kondycją mojego środowiska, a nie ocena czyjegokolwiek zachowania czy też wyciąganie bardziej ogólnych wniosków.

Ta myśl mnie jednak nachodzi już po raz kolejny i ciągle powraca pytanie: po co? Po co to robić? Czy naprawdę nie ma innego sposobu na udowodnienie własnej wartości niż umniejszenie wartości drugiej osoby? Czy rzeczywiście złośliwy komentarz pod czyimś - być może nieudolnym - postem czy wpisem jest dowodem rzekomej inteligencji i radosnego humoru, czy może jednak niskiego poczucia własnej wartości? Nie chodzi mi nawet o hejt wykonywany za darmo i zgodnie z planem przez rozmaitej maści trolli, ani o komentarze na onecie czy gdziekolwiek indziej, bo to są światy, do których nie chcę wchodzić i o których wolę myśleć w kategoriach zjawisk socjologicznych.

Mam natomiast przed oczami nieprzyjemne słowa, które nazbyt często pojawiają się pod wpisami moich przyjaciół i znajomych, czasami pod moimi własnymi. Ich jedynym chyba celem jest sprawienie przykrości, wyśmianie czy zwyczajne czepianie się dla bawki. Bez konkretnego powodu. Może z zazdrości? Nie wiem. Bo te teksty pochodzą od normalnych ludzi (cokolwiek to znaczy), którzy na imprezie podejdą, rękę podadzą, piwo wypiją jedno, drugie, a może nawet powiedzą coś sympatycznego. Ale za plecami albo z odpowiednią widownią na fejsie wolą dowalić. Widziałam to na żywo, widziałam to na innych, odczułam to na sobie.

Po co? - że tak powtórzę lekko dramatycznie? Po chuj? Że tak się wyrażę dobitniej.

Więc tak siedzę, czytam internety i zastanawiam się, czy można coś z tym zrobić, czy może jednak dopadła mnie zwykła czysta polska nienawiść międzyludzka, która jest rdzeniem naszej tożsamości narodowej i której wykorzenienie byłoby niezgodne z konstytucją w jej obecnym i przyszłym brzmieniu.

Bo ja tak nie lubię. Chciałabym być uprzejma nawet wtedy, gdy nie szanuję. Chciałabym mówić do ludzi tak, aby było śmiesznie, a nie złośliwie. Sympatycznie, a nie naiwnie. Szczerze, a nie boleśnie. I to samo dostać w zamian. Mieć na dzień dobry ich kredyt zaufania, a nie defaultową podejrzliwość, że na pewno miałam na myśli coś innego. Chciałabym wiedzieć, że świat da mi to, co dostaję od najbliższych - akceptację, otwartość i zaufanie.

Chciałabym, żeby to o nas mówiono, że jesteśmy mili, nawet wtedy, gdy się wchodzi u nas do sklepu. Że uśmiechamy się na ulicy. Że potrafimy się chwalić sukcesami i nikt tego nie uważa za foyer towarzyskie.  Że fajnie jest do nas przyjechać i z nami posiedzieć, bo jesteśmy ciepli i lubimy się nawzajem i siebie samych też.

Live and let live. Bardzo mi tego brakuje.

W tych ostatnich tygodniach coraz częściej kalibruję klosik na facebooku, czyli jednostronnie żegnam się ze znajomymi, którzy uprawiają aktywną nienawiść wobec innych ludzi. I mam coraz więcej wątpliwości, na czym polega dojrzałość. Czy chodzi o to, żebym wreszcie się dostosowała do mentalności mnie otaczającej - do narzekania, szukania podtekstów i winnych, do zbyt silnego braku tolerancji oraz do codziennej złośliwości, agresji (tej czynnej i tej biernej, bo nikt nas nie nauczył wyrażania złości) i zwyczajnego chamstwa?

Czy może jednak jest sens, żebym tkwiła w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, a nawet kiedy nie są, to można być uprzejmym, bo "warto być przyzwoitym"?




Zdjęcie pobrałam z serwisu www.flickr.com, autor: Wayne S. Grazio, zdjęcie: Six Kaibigans 

2 komentarze:

  1. nie są dobrzy. od piętnastu lat pracuję z ludźmi w sytuacjach obnażających ich prawdziwe instynkty i z każdym dniem jestem coraz bardziej pewna, że ludzie nie są dobrzy. a tylko niektórzy z nich są na tyle światli, żeby mieć autorefleksję i samoświadomość tego że dobrzy nie są ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie jestem naiwna , ale nie zgadzam się z spt i wierzę, że są dobrzy, przyzwoici ludzie- ba, nawet sądzę, że wielu takich spotkałam. Sama też staram się tak zachowywać i działać, może nawet z egoistycznych pobudek, bo jakoś łatwiej mi spojrzeć w lustro . Dlatego wciąż idealistycznie uważam , że warto być przyzwoitym... Pewnie -gdyby nie internet- myślałabym, że tych mądrych i przyzwoitych jest więcej :-)))

    OdpowiedzUsuń