sobota, 14 listopada 2015

247. Paryż - ça ne se fait pas.

Ile osób, tyle teorii, hipotez i zachowań. Jedni oskarżają religię, gdy inni się modlą o pokój. Jedni mówią, że to skutki wieloletniej polityki, inni, że terroryzm niemający nic wspólnego z migrantami z drugiej połowy dwudziestego wieku. Jedni zwalają na uchodźców i otwarte granice, inni tłumaczą, że uchodźcy też uciekają spod rządów i ataków Państwa Islamskiego. Jedni twierdzą, że "a nie mówiłem", inni, że "to przecież oczywiste". Jedni nie chcą się dać zmanipulować, inni wolą nie ruszać się z domu. Jedni zmieniają zdjęcia profilowe na fejsie, inni się z tego śmieją.

Ja nie myślę nic. Nie mam pojęcia, co jest przyczyną i tym bardziej nie wiem, jak zakończyć tę wojnę. Czuję natomiast empatyczny ból i silne emocje. Jest mi bardzo smutno, że Paryż, kobieta miłosna i elegancka, został tak dzisiaj zraniony.
I bardzo brakuje mi słów.

Bo "ça ne se fait pas" - ta fraza we mnie siedzi od wielu godzin.

A właściwie nie, jednak myślę. O tym, że za parę dni lecimy do Paryża i że mieszają się we mnie wszelkie możliwe uczucia. Jest mi dziwnie i prawie wstyd, że planuję przyjemności, gdy tam się dzieje źle. Jest też we mnie lęk, wiadomo, choć on akurat nie paraliżuje, bo racjonalne argumenty są po naszej stronie. Jednak nie o racjonalność chodzi, a o poczucie nieadekwatności.

Ale nie, nie dam się zastraszyć. Paryż nie został zdobyty. Jest nadal nasz. I na pewno nas przyjmie gościnnie. Pewnie tylko będzie mniej ufny i bardziej zamyślony. Trudno się dziwić.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz