wtorek, 10 listopada 2015

246. Menu na Święto

Namawiają mnie, żebym zaczęła pisać blog kulinarny, bo ciągle ostatnio na fejsie piszę o gotowaniu. A ja, że nie i nie, bo ani w gotowanie nie umiem, ani nie lubię, a po trzecie to naprawdę są ode mnie lepsi, więc po cholerę wchodzić do zatłoczonego tramwaju, skoro mogę przejść się pieszo.

No ale właśnie zaplanowałam kilka posiłków na dzisiejszy wieczór i jutrzejsze Święto i pomyślałam, że warto zapisać. Skoro jest już we mnie gotowość do zajmowania się kuchnią, to należy ten fakt skrzętnie odnotować i się nim pochwalić. A nuż ktoś inny skorzysta?

Na śniadanie będzie awokado z zapiekanym jajkiem i łososiem wędzonym (jajko wbijamy do wydrążonej dziurki po pestce, łososia tyż, zapiekamy na 180 stopni przez 13 minut, na wierzchu może być jakaś zielenina, ja planuję kapary). Podam pewnie z resztką chleba z ziarnami, który upiekłam dwa dni temu. Wprawdzie nie na zakwasie, a z gotowej mieszanki ziaren, z dodatkiem jajek, ale upiekłam, więc chodzę dumna jak paw.

Jak nam się nie będzie chciało czekać, albo jak będzie za mało, bo mam tylko dwa awokado, a w domu cztery osoby, to zapodamy muesli (własnego zbioru, różne muesli z różnych sklepów, raczej te zdrowe, jedno niezdrowe na pięć zdrowych mniej więcej, wrzucane do wielkiego słoja, 4-5 łyżek na osobę) z mango, gruszką i śliwką, albo bananem, kiwi, czy tym, co się uda kupić w Lidlu. Na to jogurcik. I ewentualnie drobiny czekolady, żeby nie było zbyt eko (akurat mam w domu Milka Oreo, szkoda, żeby się zmarnowała, prawda?).

Na obiad zupa krem z brokułów, cukinii i serka topionego. Gotuję warzywa (cukinię, obraną, dodaję później) w niewielkiej ilości wody, dodaję serek topiony, blenduję blenderem i podaję z grzaneczkami (stary twardy chleb pokrojony w kwadraciki, smażony na oliwie, lekko posolony, acz niekoniecznie)  albo prażoną dynią lub słonecznikiem. Mogą też być prażone orzechy włoskie, ale one schodzą za szybko. I mają za dużo kalorii.

A może wcale nie zupa, tylko polędwiczki drobiowe? Najpierw je rano zaMaryniujemy - musztarda, oliwa, papryka słodka, sól, pieprz, potem je ugrillujemy na patelni grillowej. Jak indyk, to nie za długo. Jak kurczak, to nie za płasko. Podamy z pomidorami zapewne, może do nich ostrą papryczkę (ze słoika z Biedronki), albo domowej roboty kiszonki prosto z Krasnegostawu. O ile jeszcze nie wyszły. Tak po prawdzie to mam jeszcze z 600 g wołowiny mielonej po niedzielnym chilli con carne (wyszło zajebiste), ale dzieci miały dzisiaj zużyć na bolognese, żeby się nie zepsuło.

Na podwieczorek pomyślałam o ciasteczkach z przepisu Dżemili. Najpierw ciasto - szklanka cukru (pół na pół z brązowym), kostka miękkiego masła (ostatnio zmiękczałam na parze), dwie szklanki mąki, jajko, łyżeczka proszku do pieczenia i cukier wanilinowy. Ulepić kulę, wsadzić do lodówki. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Odrywać od ciasta kawałek wielkości orzecha włoskiego, rolować z niego kuleczkę, rozpłaszczać dłonią i przyklejać mmsa z brązowego opakowania. Piec 7-8 minut. Ta ilość starcza na trzy blachy.

Na kolację coś lekkiego, skoro cały dzień jedliśmy. Sałata jakaś? A może grzanki. Mam fajne pieczywko wieloziarniste, do mikrofali (z opcją grilla) na parę minut, na wierzchu ser haloumi (wala się w lodówce), pomidor suszony i odrobinka oliwy, o ile pomidor nie ma swojej własnej. Pięć minut grillowania, a wszyscy zachwyceni. Do tego ser kozi na stole, oliwki, może jeszcze ser bursztyn się gdzieś zapodział w lodówce.

I kieliszek wina. Białego, wiadomo.

Nie mogłabym tak codziennie, ale przecież jutro jest radosne święto, którego nie pozwolę sobie odebrać. Ani pogodzie, ani politykom, ani tym bardziej narodowcom.

Smacznego!



2 komentarze:

  1. No jak to? Bez rogala świętomarcińskiego, tej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w Warszawie, kochana, jaki tam rogal? ;)

      Usuń