niedziela, 8 listopada 2015

245. Kiedy słowa się nie kleją

No więc walczę z tą swoją blokadą w pisaniu. Trochę to walka nierówna, jak widać, skoro potrafię z siebie wypuścić parę słów raz na parę tygodni, ale o tyle ciekawe doświadczenie, że mogę je trochę poanalizować. Przyjrzeć się temu, co wzmaga blokadę, a co pozwala jej odpuścić. 

O tym, że czasem słowa są nie tylko moje, więc boję się nimi dzielić, napisałam ostatnio

Bardzo ciężko mi się też piszę, gdy wiem, że czytają mnie osoby, które mają dużo lepszą frazę. I nie chodzi tylko o sytuację, gdy tym czytelnikiem jest ktoś mi bardzo bliski (tak, tak, skojarzenia macie słuszne), ale również inni ważni. Stresują mnie, najczęściej kompletnie nieświadomie. Siedzą mi nad głową, szepczą do ucha, że przecież inni potrafią pisać sto razy lepiej, więc gdzie się pchasz kobieto, albo nawet nie szepczą nic, tylko patrzą znaczącym wzrokiem. W wersji ekstremalnej już nawet nie patrzą i, co gorsza, nie czytają. Lekceważą mnie kompletnie, a ja wtedy nie wiem, dla kogo to piszę. 
No więc zanim złapię się na tym, że nie jestem pępkiem świata i nerwica lękowa nie jest mi potrzebna, mija pół życia na niepisaniu. 

Pisanie wymaga wolnej głowy. Przynajmniej u mnie. Nieraz oczywiście siadam nad pustym ekranem i wyrzucam z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, bo coś mnie męczy, denerwuje albo zwyczajnie chcę to sobie spisać, ale te zapiski nijak się nie nadają do publikacji. To nie blog, a dziennik. Pisanie jest wtedy sposobem na ujarzmienie emocji, nie ma w tym ani redakcji, ani dbałości o zdania, ani przede wszystkim dystansu do opisywanych zdarzeń. A chyba nie ma nic gorszego niż niczym nieskalany strumień świadomości. Jeśli więc czegoś nie przetrawiłam, staram się o tym nie pisać. 

Pisanie wymaga czasu. Niektórzy mają swoje rytuały i bez nich nie postawią choćby kropki, a co dopiero słowa. Ja na szczęście rytuałów nie potrzebuję, za to wiem, że najlepiej pisze mi się wieczorem, przed snem, gdy dzień już wybrzmiał, albo z samego rana, zanim ktokolwiek mnie wciągnie w wir rzeczywistości. Wiem też, że musi to być komputer (pisałam wprawdzie na ipadzie w Stanach, ale nie wspominam tego dobrze) i że ciężko mi się pisze w offlajnie. Najchętniej otwarte okienko bloggera albo wordpressa, linki uzupełniane na bieżąco, zdjęcia dostępne na kliknięcie i jedziemy. No ale jak znaleźć ten czas i spokój, gdy cały gryplan ci się nagle przeobraża, bo ujawnili się nowi bohaterowie powieści życiowej, i wieczory już nie wyglądają tak jak kiedyś, na spokojnej kanapie, z kubkiem herbaty? A zatem nie piszę ;) 

Pisanie wymaga pomysłu. Najlepiej świeżego. Rzadko jest tak, że nie wiem, o czym by tu, bo zawsze z tyłu głowy mam ze trzy wątki, które na mnie czekają. Najmądrzejsi zresztą mówią, żeby pisać o czymś, co się zna i lubi, a ja zazwyczaj piszę o sobie - trudno sobie wyobrazić wygodniejszą sytuację ;) Problem w tym, gdy dany obrazek już omówiłam z kim się da i w mojej głowie się wszystko uporządkowało. Takie notki są nudne. Liniowe. Prowadzą od początku do końca i nie dają miejsca na żadną dygresję. A ja wolę mieć ziarno niepewności i poczucie, że słowa same mnie prowadzą. Wtedy jest najciekawiej. Więc nie lubię pisać o czymś, co już obadałam, omówiłam, nazwałam i zamiotłam. Lepiej by było, gdybym miała mało realnych interakcji społecznych i gdybym świat rejestrowała samodzielnie. 

Pisanie wymaga informacji zwrotnej. Pozytywnej, de préférence. Poczucia, że ktoś po drugiej stronie ekranu to przeczyta i jakoś zareaguje. No dobra. Nie wymaga. Niektórzy potrafią pisać w eter, bez czytelnika w tle i nie potrzebują głasków, lajków i komentarzy, żeby budować zdania. Ja nie umiem. Kiedy piszę, mam przed oczami różne twarze. Tych, których znam i tych, których się tylko domyślam. Część z nich jest pozytywnym motywatorem, część jest niezadowolonym cenzorem. Próbuję lawirować między nimi i skupiać się na tych twarzach, które mnie zachęcają do pisania. Ale czasami cenzor ma zbyt racjonalne argumenty i wyjaśnia mi, że tej historii nie powinnam publikować. No to nie publikuję. 

A potem przychodzi taki niedzielny poranek, gdy na zewnątrz śliczna listopadowa pogoda i gdy wszyscy w drodze do lasów, parków i centrów handlowych. Siedzę na kanapie, piję kawę, nikt mi nie przeszkadza, a w głowie spokój i przyjemna twórcza cisza. Dziś mogę pisać. Słowa się układają. I nie przejmuję się tym, co się stanie, gdy puszczę tę notkę. 

Po prawie piętnastu latach blogowania wiem, że blokadę trzeba przeczekać. 

źródło: flickr.com, autor: Victoria Pickering, zdjęcie: Type



2 komentarze:

  1. Podobno czekasz na informację zwrotną. Pisz dla siebie, jakby nikt nigdy nie miał tego przeczytać, rejestruj chwile dla własnych wspomnień...Ale co ja mogę Tobie radzić, gdy przyznajesz się do 15-letniego blogowania. O Jeruzalem !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla siebie piszę gdzie indziej. Tu piszę z głęboką świadomością czytelnika. Inaczej się nie da.

      Usuń