czwartek, 5 listopada 2015

244. Odbudować siebie. Stworzyć dom.

Nigdy nie miałam problemów, żeby pisać o sobie.

Wiem, gdzie są granice mojej prywatności i dość precyzyjnie potrafię wyhamować, gdy się zbytnio zbliżam do tego, co uważam za intymne. Być może dla niektórych to, co piszę jest tak zwanym oversharingiem (nadmiernym dzieleniem się) - ja tak nie uważam i nie mam problemu z ujawnianiem informacji do pewnego stopnia osobistych. Prywatność jest wartością mającą dość krótką historię i być może wcale nie powinniśmy jej traktować dogmatycznie. Pisałam już o tym tutaj.  

Czasami jednak moje przemyślenia dotyczą innych, wtedy wybory stają się trudniejsze. Staram się pisać tak, żeby nie wiadomo było, kogo mam na myśli, w razie potrzeby mogę oczywiście spytać zainteresowanych, czy zgadzają się na publikację, najczęściej jednak wybieram bramkę numer trzy - nie piszę nic. 

Powodów jest wiele. Z jednej strony szanuję cudzą prywatność. Najwięcej zastanawiałam się nad tą mojego syna. Teraz już jest dużym człowiekiem i coraz lepiej potrafi zadbać o swój wizerunek. Kiedyś jednak dużo więcej zależało ode mnie i przyznaję, zdarzało mi się przekraczać te granice, na szczęście głównie werbalnie (blogowałam o Obywatelu w wersji 2.11 i kolejnych, a jakże), a dużo rzadziej wizualnie (zdjęcia w większości są już na szczęście nie do odtworzenia). 

To w ogóle ciekawy wątek - na ile mamy prawo do udostępniania wizerunku lub opowieści o naszych dzieciach, gdy one nie mają jeszcze wystarczających narzędzi ani kompetencji, żeby temu zapobiec. Prawo w znaczeniu przepisów i prawo w znaczeniu etyki oraz odpowiedzialności rodzicielskiej. Z ogromnym szacunkiem obserwuję niektórych swoich znajomych, którzy konsekwentnie nie publikują zdjęć ani anegdotek o swoich dzieciach. O naruszaniu prywatności własnych dzieci też już kiedyś pisałam i choć dwa lata minęły, poglądy mi się nie zmieniły. 

A zatem dzisiejsza notka jest trochę o tym, że ciężko jest pisać, gdy słowa, które mnie wypełniają, należą do kogoś innego. Współ-należą. Współ-słowa. Współ-emocje. 

Zapytałam więc. 
Mam zgodę. 
Spróbuję. 

Najprościej będzie powiedzieć, że od kilku tygodni mój dom jest coraz bardziej domem. Ciepłym, przyjemnym i rodzinnym. Takim, w którym pachnie bliskością i więzią, bo znowu ktoś upiekł ciastka albo przygotował obiad dla wszystkich. Takim, gdzie kanapa zawsze czeka na gości. Takim, do którego miło się wraca. 

Nie do końca wiem, jak to się stało. Bo przecież to nie działa w ten sposób, że przychodzisz któregoś dnia po pracy i nagle wszystko się zmienia, z miejsca zaczynasz gotować, sprzątanie sprawia Ci frajdę, a ludzie lgną do Ciebie i Twojej kanapy, bo wypowiedziałaś magiczną formułę "kochajciemnieiprzytulajcie". 

Cofnijmy się zatem do początków. Do pierwszych sesji terapeutycznych kilkanaście lat temu, gdy moje pierwsze małżeństwo legło w gruzach. Do kilkuletnich prób zrozumienia siebie, swoich potrzeb i chęci. Do dalszej pracy nad sobą, gdy starałam się nabrać nie tylko samodzielności życiowej, ale również emocjonalnej (co z tego, że dawałam sobie radę bez rodziców, kiedy poszukiwałam wspierającego rodzica w co drugim przyjacielu). 

Potem był czas pracy nad tym, co zewnętrzne. Sport, odchudzanie, zmiana nawyków żywieniowych. Odzyskanie kształtów kobiecych i wewnętrznego blasku, który zresztą dość szybko wydostał się na zewnątrz. Odbudowanie pewności siebie i poczucia bezpieczeństwa, żeby móc samodzielnie zaspokoić swoje potrzeby bycia kochaną i żeby się w dużej mierze pożegnać z wewnętrznym narcyzem. Polubiłam siebie. I tym samym dałam przestrzeń innym ludziom. 

Był też czas eksperymentów wszelakich. Uświadomienie sobie tego, że ekstrawertyzm nie wyklucza zachowań autystycznych i potrzeby samotności. Wypróbowanie różnych rodzajów relacji damsko-męskich. Otwarcie się na facetów, głębokie i prawdziwe, i dość szybkie zamknięcie, gdy dostałam po dupie, bo za bardzo zaufałam. Taka, wiecie, nastoletnia nadmierność. Nadgorliwość i czarno-białość. Próbowanie wszystkiego, bo za młodu się najpierw było w oazie, a potem się miało dziecko. Więc się nie wyszalałam. I za mało wypiłam ;) 

Aż wreszcie półtora roku temu wróciłam do pracy nad psyche i relacjami społecznymi. Druga seria spotkań terapeutycznych, tym razem grupowo i kolejne skoki rozwojowe. Uświadomienie sobie tego, co kiedyś było za trudne, choć wcale tego tak nie postrzegałam. I uzmysłowienie sobie swoich skryptów i niekoniecznie adaptacyjnych zachowań. Rzecz jasna mam ich nadal całe mnóstwo, bo praca nad sobą nigdy się nie kończy, ale przynajmniej mam już narzędzia, żeby przeglądać się nie tylko w innych, ale także odnosić do swojego własnego kręgosłupa. Moralnego, etycznego i tego, który pomaga mi w stosunkach z innymi ludźmi. 

Przestałam szukać. 
Zaczęłam znajdować. 

Prawda stara jak świat. Zajmij się sobą, a inni się sami pojawią, zwłaszcza, że zmienić możesz tylko samą siebie. Coelhizm, wiem. Ale jakże prawdziwy. 

A potem już było z górki. Nadal byłam otwarta i spotkałam kogoś, kto też taki był. Trochę jak w filmach Kieślowskiego. Bo pół roku wcześniej nie mielibyśmy szans, a co dopiero piętnaście lat temu. 

Po jakimś czasie dbania o niego, o nas, o samą siebie (niestety w tej kolejności, więc szybko musiałam sobie przypomnieć, gdzie tkwi sedno udanej relacji z drugim człowiekiem), udało mi się znaleźć swoistą równowagę. Zaczęłam robić miejsce. Fizycznie, bardzo konkretnie. Porządek w mieszkaniu. Wyrzucanie ubrań i niepotrzebnych przedmiotów, którymi obrosłam przez ostatnie lata. Tworzenie przestrzeni, która będzie mogła być wspólna. Pozbywanie się tego, co mi "nie sprawia radości"(por. Marie Kondo), żeby zrobić miejsce dla tego, co jest radością par excellence. 

W niezrozumiały dla mnie sposób zaczęły mi się przesuwać priorytety. Coraz częściej gotuję i czerpię z tego przyjemność. Gdy nie mam czasu, to przynajmniej dbam o to, żeby lodówka była pełna - Młody ze swoją dziewczyną przygotowują znakomite posiłki, a my też, coraz częściej, stajemy przy kuchni i coś pichcimy. Dla całej rodziny. I sprzątamy. Mieszkanie wygląda coraz lepiej. I moje. I jego. Dzisiaj dostałam w prezencie porządek w szafce z alkoholami. Czekała na mnie, gdy wróciłam z pracy. Wszystko przejrzane, podegustowane i posegregowane. Zabawa musiała być przednia ;)  Cointreau, pastis, curacao, malibu, sambuca w dwóch wersjach i różne wódki, szampany i wina. Nawet nie wiedziałam, że mam takie skarby.  

Przestałam się bać planowania. Kiedyś wydawało mi się to nadmiernym tupetem wobec losu - przecież wiadomo, że nic co dobre, nie może trwać, więc nie ma sensu się nastawiać. Miałam plan B, plan C, a nieraz w głowie tworzyłam sobie kolejne możliwości. Byle uniknąć rozczarowania. Wolałam brać płytko, tu i ówdzie, bo brak dywersyfikacji portfela kończy się zazwyczaj bólem. Płaczem. Żalem. 

No więc planuję. Planujemy. Właśnie kupiliśmy bilety samolotowe na kwiecień. 

Życie "tu i teraz" jest bardzo wygodne, bo nie wymaga zaangażowania ani konsekwencji. Dzisiaj jestem, jutro mnie nie ma. Recz jasna cieszę się, że nauczyłam się korzystania z chwili i czerpania radości nawet z najmniejszych wydarzeń, bo to pomaga nabrać właściwego dystansu do tego, co było i tego, co się może zdarzyć. Zbyt dobrze pamiętam czasy, gdy lęk przed porażką mnie paraliżował i mam nadzieję, że to se ne vrati.

Ale "tu i teraz" to nie wszystko. Żeby cokolwiek zbudować, trzeba zainwestować i zaufać, że ta inwestycja ma sens. Trzeba zaryzykować. Jak w Monopoly, gdzie najlepszą strategią jest kupować wszystko jak leci i stawiać hotele. Ci, co żyją chwilą, mają na pewno wiele radości i endorfin na co dzień. I to też jest super, been there, done that. Dzisiaj mi się jednak wydaje, że jest to życie na pół gwizdka. Pływanie w odległości bezpiecznej. Tak, żeby w każdej chwili móc się złapać pomostu. 

A jak tak długo ćwiczyłam oddech, że niepostrzeżenie znalazłam się na głębokiej wodzie. Jest zajebiście. Trochę się boję, wiadomo, ale wokół mnie pełno ludzi, którzy nie bali się wyjść z matrixa. Bawią się znakomicie. Są piękni wewnętrznym blaskiem. Mówią, że mnie złapią, gdybym się potknęła. I że nie pozwolą nam tego zepsuć. 

Jak będę duża, będę jak oni. 



10 komentarzy:

  1. Gratulacje. Ciesz się życiem, to Twój czas

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam i jeszcze kilka razy przeczytam na pewno.
    Dziękuje Ci za ten wpis, bardzo. Jest dla mnie jak drogowskaz

    OdpowiedzUsuń
  3. Dałaś mi do myślenia.
    Ja też przeczytałam Cię dwa razy.
    I myślę sobie, że planować można wtedy, gdy życie codzienne ma jakiekolwiek trwałe podstawy, jakiś fundament, od którego człowiek odbija się, na którym buduje.... I jeszcze jedno mi się pomyślało: ze mną to jest tak, ze ja nie pracuję specjalnie nad sobą, nad tym, co mi się we mnie nie podoba, ale zajmuję się tym, co wydaje mi się sensowne i tak te przestrzeń wypełniam - jakimś, w moim pojęciu dobrem, a nie walką ze złem. Hej, ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci dałam do myślenia :)

      Usuń
  4. Te 2 kawałki:

    „Przestałam szukać.
    Zaczęłam znajdować.”

    „Ale "tu i teraz" to nie wszystko. Żeby cokolwiek zbudować, trzeba zainwestować i zaufać, że ta inwestycja ma sens. Trzeba zaryzykować. Jak w Monopoly, gdzie najlepszą strategią jest kupować wszystko jak leci i stawiać hotele. Ci, co żyją chwilą, mają na pewno wiele radości i endorfin na co dzień. I to też jest super, been there, done that. Dzisiaj mi się jednak wydaje, że jest to życie na pół gwizdka. Pływanie w odległości bezpiecznej. Tak, żeby w każdej chwili móc się złapać pomostu.”

    Super!

    OdpowiedzUsuń