piątek, 18 września 2015

243. W drodze do kuchni

Tymczasem nagle, nie wiadomo kiedy, zdałam sobie sprawę, że zaczęłam gotować.
I nawet nie chodzi o to, że siedzę i pichcę i z kuchni nie wychodzę.
Ale interesuję się.
Dopytuję kumpele o przepisy.
Biorę pół dyni od koleżanki z pracy, bo jej pole obrosło.
I robię porządki w kuchni, zdając sobie sprawę, jak przez te 8 lat mieszkania na nowym lekceważyłam to miejsce i w ogóle o nie nie dbałam.

Póki co wiem, że muszę wyrzucić część talerzy i miseczek, bo za dużo miejsca zajmują, a wcale z nich nie korzystam. I dokupić garnek większy niż na jedną osobę, góra dwie, bo jakoś tak się składa, że do posiłków siadamy coraz częściej w czwórkę. Muszę też posadzić zioła do normalnych doniczek, bo w tych hipermarketowych jest im ciasno. I wiem, że kolendra zimy nie przeżyje, ale przecież próbować można. Blender kielichowy już prawie kupiłam, mam wybrany od dawna, ale ciągle nie mogę się do niego dopchać w tanim źródełku.

I uczyć się.

To w ogóle bardzo wygodna dla mnie sytuacja, bo mogę bez wstydu mówić o tym, że nie potrafię. I o ile parę lat temu koleżanki mi przynosiły pora i selera, i podpisywały markerem, żebym umiała odróżnić (te dwa akurat potrafiłam, gorzej było z selerem i pietruszką), to teraz mi wysyłają linki do prostych przepisów, gdzie jest czarno na białym napisane, czym najlepiej pokroić warzywa i że blanszowanie to nie jest malowanie białą farbą.




A ja chłonę i próbuję. I potrafię już trochę więcej niż tylko łososia pieczonego pod sosem jogurtowo-koperkowym z sałatką pomidorowo-oliwkowo-mozarellową. Zdarzają mi się plastry cukinii pod kruszonką z migdałów z kolendrą bezpośrednio z piekarnika albo sałatka z soczewicy zielonej, sera koziego pomidorów, oliwek i kolendry, a jakże. Albo mięsko marynowane przez noc w musztardzie i ziołach. A potem grillowane. Powoli zaczynam widzieć w tym sens. I chcę eksperymentować. A że nie przepadam za wkładaniem łap w miskę, żeby obtoczyć oliwą te obślizgłe kawałki piersi z kurczaka, to kupiłam sobie jednorazowe rękawiczki. Podpatrzyłam u przyjaciółki i niedawno stwierdziłam organoleptycznie, że to cudowny pomysł.




Odkrywam więc, że jajówa to jednak na maśle, bo na oleju się tak ładnie nie ścina. Że jak cukinia starsza, to warto ją obrać. Że kolendra jest dobra do wszystkiego, o ile się ją lubi. I że rozmaryn można ususzyć, a zieloną pietruszkę lepiej zamrozić.

Dwa lata temu sądziłam, że zacznę gotować, bo się odchudzam i bez tego nie da rady. Zmuszałam się, średnio raz w tygodniu, głównie dlatego, że jedzenie w knajpach jest albo smaczne, albo tanie, albo zdrowe. Rzadko występują te trzy cechy równocześnie. Ale nie lubiłam. No piekielnie nie lubiłam. Potem syn wrócił z zamorskich wojaży, myślałam, że gotowanie mi wejdzie w krew, bo dziecko głodne, ale szybko się okazało, że jemu się bardziej opłaca samemu coś przyrządzić niż poczekać na mnie, zanim wrócę z fabryki czy też treningu. Trochę wstyd, ale to on u nas więcej stoi w kuchni. I wychodzą mu coraz ciekawsze dania. Więc znowu odpuściłam, sama żywiąc się z całkiem niezłych cateringów przywożonych nam do pracy.

Tymczasem znowu coś się zmieniło. Jakaś potrzeba stabilizacji (niektóre mówią, że to wicie gniazda). Przeglądam zapasy w szafkach i zastanawiam się, kiedy je wreszcie wykorzystam. Z frajdą dostaję w prezencie cukinie, pomidory i ogórki prosto od krowy. A w myślach remontuję kuchnię, co by była bardziej funkcjonalna. Wydać kasę na kuchnię, a nie na podróże? Naprawdę? Samej mi się nie chce wierzyć, że to właśnie napisałam.

Tylko koty chyba jeszcze nie załapały, bo nadal mi przynoszą pakowane szyneczki i krojone salami od sąsiadów. Kładą na podłodze, same nie jedząc. I znacząco patrzą, gdy już wrócę do domu, z wyraźną prośbą o pochwałę. Jak to powiedziała koleżanka, musi, że wyjątkowo doceniają moje umiejętności myśliwego i wierzą, że sobie sama poradzę.

Ale tego się będę trzymać. Niech wszyscy wokół myślą, że ja nie lubię, nie potrafię i nigdy w życiu. Niech mnie dokarmiają, niech mi przetwory prezentują (uwielbiam!). A ja się będę po cichutku zaprzyjaźniać z własną kuchnią i kuchenką.

W ten sposób i wilk syty i owca cała.  

3 komentarze:

  1. Kurcze, a u mnie odwrotnie. Kiedys uwielbialam kombinowac w kuchni, teraz mi sie zwyczajnie nie chce.
    ps. przyjemnego pichcenia zatem

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem Toyę, że nie chce jej sie pichcic z upływem lat. ale zeby zaskoczyc na stanie przy garnkach przed 40-tką - to dopiero dziwo ! życze niesłabnącego entuzjazmu.

    OdpowiedzUsuń
  3. A dlaczego góra pora to rosół lub smieci zamiast surówka na przyklad? :) Albo warzywa z patelni? :) Góry pora uzywam często zamiast cebuli w róznych daniach :)

    OdpowiedzUsuń