piątek, 28 sierpnia 2015

242. Mam w dupie małe miasteczka. Not.

Ci, co mnie śledzą na Facebooku, wiedzą już, że w tych dniach jestem na targach rowerowych Eurobike nad jeziorem bodeńskim. Tym razem mieszkamy sporo na północ, 60 km od Friedrichshafen i dojeżdżamy autem, więc mam możliwość pozwiedzać lokalne niewielkie mieścinki niemieckie.

Uruchamia to we mnie ogromnie dużo wspomnień.
Zapachy i smaki, zmysły totalnie lekceważone w dobie internetu, są czymś, co się wdrukowuje w czasach dzieciństwa, a ja wczesne lata spędziłam w Szwajcarii i Francji.

I teraz idę chodnikiem wzdłuż ulicy handlowej w Biberach i mijam fryzjera, trzy sklepy z ubraniami (w stylu katalogów niemieckich sprzed lat, niektóre rzeczy się nie zmieniają), jakiś bank, bar z piwem i automatami na monety, apteka, sklep z ładnymi dekoracjami do domu (i zapachami!) i wreszcie jest piekarnia albo piekarnia połączona z działem mięsnym. I jej zapach łączący wyroby cukiernicze, drożdżowe oraz mięso pieczone i wędzone sprawia, że znowu mam 7 lat i Mama mnie właśnie wysłała po zakupy, a mnie się udało nie wydać wszystkiego, więc za zaoszczędzone centimy kupuję sobie batonik czekoladowy. Z orzechami. Firmy Caillers.

To są moje magdalenki i nikt mi ich nie zabierze.

Z jednej strony te uporządkowane miasteczka, czyste obejścia i powoli sunące samochody mnie nużą i kompletnie nie wyobrażam sobie, że mogłabym tu mieszkać i żyć. Niemiecki ordnung i dryl są czymś, co mnie przeraża i wtłacza w struktury, od których bardzo chcę uciekać. Moi artystyczno-inteligenccy rodzice dali nam tak wiele wolności, że nie wyobrażam sobie codzienności opartej na powtarzalności.

Z drugiej jednak strony, wychowana w porządnej, przewidywalnej Szwajcarii o regularnych kształtach, miewam niewygodne dość flashbacki, gdzie widzę siebie zadowoloną, bo bezpieczną. Dziewiąta siedemnasta, dzieci w przedszkolu, kolacja o siódmej, serial po kolacji, wygodna kanapa i rozdział książki na dobranoc. Może spacer z psem, ale nie wiem, bo psy przecież szczekają. W weekendy wycieczki za miasto i porządki w domu. Zimą na narty, latem nad morze. I nowe auto co trzy lata.

No jednak nie.

Ale nadmiar opcji wcale nie jest prosty, pisałam już o tym. Niewielka część mnie chciałaby tutaj się zatrzymać, stworzyć swój nowy świat, ograniczony w każdym możliwym kierunku i poczuć się jak u siebie, jak w filmie Chocolat. Być nie tylko obywatelką świata, ale mieć swoje "home sweet home".

Przecież oni też są szczęśliwi :)








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz