czwartek, 23 lipca 2015

239. W poczekalni

W sumie to dość komiczne.

Od tylu lat piszę codziennie - dla siebie, dla bliskich, na fejsie, na blogach i składanie literek jest dla mnie jak oddychanie - stanowczo lepiej mi się myśli i czuje, gdy mogę to spisać. Tymczasem od kilkunastu tygodni mam nieprzyjemną blokadę, słowa się mnie nie trzymają i stanowczo wolę siedzieć w cyferkach służbowych i innych excelach zamiast werbalizować swoje przemyślenia. Podobno każdy piszący musi się kiedyś z tym zmierzyć. Z blokadą. Ciemną dziurą. Pustką. Poczuciem, że nie mam już nic do powiedzenia. Że wszystkie słowa już wyszły i że każde kolejne zdanie będzie powieleniem czegoś, co już było. I ośmieszeniem.

No więc mam to.

Nie żeby tak pierwszy raz i nigdy wcześniej, bo wszak widzę, że gdy moje życie realne nabiera rozpędu, to pisanie schodzi na dalszy plan. Ale dawno ta blokada nie była tak intensywna. Siedzę na pustą kartką, bardzo chciałabym coś z siebie wyrzucić, rodzę jedno jedyne małe zdanie i czuję, że się pogrążam. Jak na maturze z języka polskiego, gdy wybrałam łatwy temat o władzy i sprawowaniu kontroli, a po dwóch godzinach egzaminu na papierze podaniowym miałam jedną linijkę tekstu bez żadnej treści (czy ktoś jeszcze pamięta, co to był papier podaniowy?). Na szczęście życie to nie matura, więc teraz przełączam okienko i spokojnie wracam do roli biernego czytacza i konsumenta tego, co Wy mi podsuniecie. I jestem zresztą pełna podziwu dla Was, współpisaczy, że z tego żyjecie i że potraficie się zmusić. Jak to robicie?

Blokady to dziwki.

Dlatego dzisiejszą notkę spiszmy na straty, uznajmy ją za wprawkę. Muszę się rozpisać. Wyrzucić z siebie kilkanaście nieskładnych zdań, co by znowu słowa się układały w jakiś rytm. Niech to będzie chwila zawieszenia, dzięki której przestanę się bać przycisku "Opublikuj". Poczekalnia z wygodnym fotelem. Pachnie w niej trochę starym mieszkaniem, ale idzie wytrzymać. Na stoliku są czasopisma, większość z poprzednich kwartałów, ale to nie ma znaczenia, bo przecież i tak ich nie czytam. Siedzę i patrzę na ścianę obitą boazerią. Obrazy w grubej ramie. Książki na półce. Kwiaty na stojakach. Czekam na wizytę, spotkanie, cokolwiek. A Wy razem ze mną.

I robię rachunek sumienia. Jaki by tu temat poruszyć, bo przecież ciągle coś się dzieje. Czy o tym, że paluszek mam zepsuty, więc nie chodzę na treningi i nie mogę jeździć na motocyklu, więc mnie nosi i jestem nie do wytrzymania? Czy o tym, że na motocyklu i tak nie jeździłam, bo wygięłam sobie klamkę od sprzęgła i jakoś tak niewygodnie, a do serwisu przecież daleko? A może o tym, że jeżdżę trochę na rowerze, bo Warszawa latem jest cudnie rowerowa i że jako kierowczyni, motocyklistka, rowerzystka i piesza mam ogrom przemyśleń na temat tego, co każdy mógłby zrobić, żeby żyło się lepiej.

Mogłabym parę słów o Majorce. Albo dokończyć Barcelonę. Mogłabym o jeżdżeniu po Polsce - byłam pod Wrockiem, pod Przysuchą, w Sopocie, pod Krasnymstawem, i to wszystko w ostatnim miesiącu.

Mogłabym o tym, że znowu się odchudzam i że w ciągu dwóch tygodni zeszły prawie 3 kg. Przepisy i zalecenia Karoliny są nadal na propsie. Wystarczy się ich trzymać. I brzuszki robię. Czasami.

Mogłabym też o in vitro, o małżeństwach homoseksualnych, o antykoncepcji awaryjnej i o ćwiczeniu mięśni kegla (acz to ostatnie to raczej na moim mniej przyzwoitym blogu).

Gdybym miała miejsce na tylko jedno zdanie to brzmiałoby ono prawdopodobnie: "Jest mi dobrze".
Mówią, że widać to gołym okiem, więc chyba nie ma sensu nic pisać, prawda?  :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz