wtorek, 16 czerwca 2015

238. Żagle na Majorce.

Na urlopie byłam.

Żagle na Majorce. Żagle po raz pierwszy w życiu, Majorka po raz drugi (a sądziłam, że nigdy tam nie wrócę, bo szczerze przyznam: nie jest to najpiękniejsze miejsce na świecie).

Jestem wypoczęta, pełna energii, całkiem opalona jak na mnie (pomimo smarowania się 50-tką na twarzy i 30-tką na reszcie swoich ruchomości) i znowu przekonana, że świat do mnie należy. Mam też sporo siniaków, bo moja koordynacja ruchowa jest nadal mocno niedoskonała, a łódka bywa zdradliwa w reakcjach (a ta akurat była też dość trudna do wsiadania i wysiadania) i ciągle ze dwa kilo, które mi wiosną przybyły, a ja zrzucić ich nie mogę.

Mam jednak motywację do ponownego chudnięcia (i pewien układ z pewnym człowiekiem, hehe, rywalizacja mi całkiem dobrze robi) i do ćwiczeń i ogólnie do pracy nad sobą. Najwyraźniej słońce na mnie dobrze działa i naturalny zastrzyk witaminy D też. Albo dobry czas spędzony z bliskimi mi ludźmi i dużą ilością białego wina.

Praktycznych informacji garstka, zanim znowu zacznę pisać o sobie, bo wiadomo - najlepiej i najchętniej się pisze o tym, co się dobrze zna ;)

- Na Majorkę lata między innymi Ryanair, między innymi z Poznania (w soboty) i bilety są za jakieś 280 zł w jedną stronę, jak się kupiło z 3 tygodnie przed wylotem.
- Z lotniska w Palmie de Mallorca można się dostać do centrum miasta autobusem za całe 3 EUR.
- Palma jest średnio ładnym miastem, ale sporo zyskuje po zmroku, gdy już śmieci nie śmierdzą, za to hipsterzy wyjdą na spacery i zasiądą w licznych i sympatycznych knajpeczkach (np. przy Carrer de Sant Magi).
- W małej knajpce nad portem zapłaciliśmy 11 EUR za butelkę białego vino de casa. Żadna fortuna. W carrefourze była natomiast promocja. Jedna butelka białego kosztowała bodajże 1,5 EUR, a druga była za pół ceny. Wykosztowałam się natomiast na japonki. Całe 2 EUR w tym samym carrefourze. W pobliskim biedasklepie z ubraniami kupiłam sobie bardzo uprzejmą czarną tunikę za 5 EUR i kilka innych miłych ubrań za równie sympatyczne pieniądze. Śmieszą mnie te różnice cenowe między wyspiarską Hiszpanią a Polską. Intuicja podpowiadałaby, że u nas powinno być taniej, n'est-ce pas?
- Mariny za to są drogie, przynajmniej te, które odwiedziliśmy - acz z braku wiatru nie udało nam się dopłynąć bardzo daleko. Przeciętnie 70-80 EUR za noc dla 40-stopowego szkunera dwumasztowego (musiałam sprawdzić w google tę nazwę, słownictwo żeglarskie jest mi dość konkretnie obce, jakieś hundkoje, relingi, grotmaszty i inne szoty). Zatoki na szczęście są za darmo :)
- Większość pływających to faceci. Duża część łódek to białe czarterowe plastikowe na jakieś 4-6 osób. Większość słyszanych i podsłuchiwanych rozmów odbywała po niemiecku (czasami po angielsku). Za to w niektórych marinach widzieliśmy śliczne łódeczki a la James Bond. Wynająć je można. Na ten przykład za skromne 16 000 EUR. Za dzień. Ale już ze skiperem, więc się chyba opłaca.
- Z wifi było tak sobie, większość obcych sieci wymagała logowania, a własne (te w marinach) bywały mocno słabe. Na szczęście nikt mnie nie pytał, po co mi internet i nie wmawiał mi uzależnienia.
- Widzieliśmy delfiny, skakały nam romantycznie z daleka i udawały, że nas nie widzą. Widzieliśmy też nagą panią, skaczącą nieco mniej romantycznie do wody z sąsiadującej łódki, gdy staliśmy zakotwiczeni w zatoczce. Tym razem my udawaliśmy, że jej nie widzimy, ale chyba niezbyt skutecznie.
- Na lotnisku w Palmie w sklepie ze słodyczami pan mnie tradycyjnie poprosił o kartę pokładową, ale potem powiedział, że nie może skasować produktów, póki mu nie podam swojej narodowości. Taki przepis. I nie, nie podrywał mnie, był całkiem spięty i przestraszony. A ja nie lubię pozbywać się swoich danych osobowych na rzecz dziwnych baz danych. Ponieważ nie wydawał się skory do dyskusji, powiedziałam mu, że jestem Francuzką. Chciałam zeznać, że Algierką, ale nie byłam pewna, czy mi uwierzy.
- W samolocie natomiast było bardzo dużo Januszów i Trybsonów. Żałowałam, że jednak nie jestem Algierką.
- Polska nas powitała "a nie ma Pan drobnych?" w sklepie spożywczym i panią na stoisku z pieczywem, która już pochowała bułki i odpisała je do zwrotów, "więc czy Pani na pewno chce kupić, bo będę musiała zmieniać protokół". Poczułam się bezpiecznie. Nic się nie zmieniło.


A poza tym, to odkryłam, że gdy śpię w wąskiej koi, w której nie bardzo mogę się położyć na boku z podciągniętymi kolanami (tzw. pozycja embrionalna, moja ulubiona, albo "na gówienko", jak to mówi mój ojciec), to budzę się z bolącym kręgosłupem lędźwiowym.

I że mam chorobę morską, acz nie jakąś dramatyczną. Wystarczy wtedy siedzieć na pokładzie, patrzeć na morze, a wcześniej sprawdzić na abrahamkach, w którą stronę dmucha wiatr, co by wiedzieć, gdzie rzygać. Na wszelki wypadek.

No i ciągnie mnie do wody. Co by się nie działo, mam potrzebę zanurzenia głowy i sprawdzenia, co jest pode mną. Choćby przez parę minut. A że potem nie potrafię się wciągnąć na pokład, to już zupełnie inna historia.

fot.: Iga Kołodziej











 i na dobranoc szanta francuska, którą uwielbiam od najmłodszych lat:


5 komentarzy:

  1. FrazncuZką, z całym szacunkiem i bez hejtu:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Już sama zauważyłam i zmieniłam :) Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  3. Och ta piosenka tez mi sie milo kojarzy ze wczesna mlodoscia :) ... z Belle ile i z wakacjami.
    A ostrogi rzeczywiscie niezle zjechalas :)))) Ale chyba warto bylo. Powialo przygoda :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne miejsce, czy nie piękne ale mi się jednak marzy , więc ,,zazdraszczam" trochę :)

    OdpowiedzUsuń