sobota, 21 lutego 2015

230. Na lotnisku

Dotarłam trochę za wcześnie (Uber przyjechał szybko, wiadomo), kolejki do odstawienia bagażu nie było, kolejki do kontroli osobistej też nie. Trochę mi to zajęło, bo musiałam wyjąć komputer, ładowarkę, aparat foto, kindla, telefon, słuchawki, zdjąć pasek, kurtkę, chustkę i zegarek (właśnie, mam nowy zegarek. Mądry zegarek. Smartwatch znaczy się. I jaram się jak głupia! W prezencie dostałam!). A potem to wszystko spakować ponownie do plecaczka. Ale spoko. Siedzę teraz przodem do płyty lotniska, przede mną samolociki krążą, autobusy do nich dojeżdżają, panowie w żółtych kufajkach się uwijają, a ja się debilnie uśmiecham do monitora. I piję najdroższą Colę Zero w mieście (8 zyla za pół litra), ale też najsmaczniejszą. Ma smak przygody i wakacji.

No to jadę. A nawet lecę ;)

Nie mam jeszcze konkretnych planów, co po kolei i dlaczego akurat tam, a nie gdzie indziej. Ale wiadomo, mam kilka dobrych dni i zamierzam się dobrze bawić. Nie żeby od razu całymi wieczorami i nocami, do rana, z obcymi i nagle nie wiadomo, w jaki sposób się obudziłam w tej akurat dzielnicy... nie, nie. Wieczorami chcę pisać. Dlatego zresztą wynajęłam pokój w biureczkiem.

Jak to jest, że wyjazd samodzielny sprawia mi tak ogromną frajdę, a wyjazd z kimś jest zazwyczaj powodem do stresu? :) Mam totalny luz w głowie i poczucie, że będę robić dokładnie to, na co będę miała ochotę. Nic nie trzeba ustalać, z niczego rezygnować. A jeśli Sagrady mi się odechce, to zwyczajnie nie pójdę.

37 lat, proszę Państwa, a ja się czuję, jakbym dopiero co dowód osobisty odebrała.
I jedyne co mnie w tej chwili nurtuje, to jak często w trakcie wyjazdu pisać tutaj, a jak często na Lumpiatej w krainie seksu.

Poważny dylemat, prawda?





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz