piątek, 19 grudnia 2014

225. Przedświąteczna biegunka myślowa

Jak tam przygotowania do Świąt?

U mnie wyjątkowo spokojnie w tym roku. Wigilia z braćmi, podzieliliśmy się robotą, więc niewiele muszę robić. W ramach karpia będzie łosoś, w ramach przystawki kanapeczki z kawiorem, w ramach kapusty - sałatka z mozarellą, a w ramach makowca - mazurek z kajmakiem. No i barszcz, wiadomo, bo przecież na wigilię trzeba tradycyjne potrawy podać, prawda?

Prezenty kupione, częściowo powysyłane, resztę muszę jeszcze zapakować.
Zostaje zakup i przystrojenie choinki, myjnia dla auta, zrobienie ciastek kruchych w ramach pierniczków i zaplanowanie drugiego dnia świąt, kiedy to bracia mają wpaść do mnie i wypadałoby coś mieć do jedzenia, albo przynajmniej dobre wino.

Uczę się grać kolędy na pianinie, Młody chce akompaniować na harmonijce. Mógłby on grać na pianinie, a ja na flecie, albo on na gitarze, ale jakoś nam wyszło, że się pozamienialiśmy.

Ta wiosna za oknem nie pomaga w tworzeniu nastroju świątecznego, a korki na mieście i do kas skutecznie zniechęcają do ludzi. No i mam tyle roboty w robocie i roboty poza robotą, że ledwo dyszę, bolą mnie ramiona od stresu i nieustannie zastanawiam się, o czym jeszcze zapomniałam.

Trochę mi zdrowie siadło, jeszcze nie wiem, czy jest to całościowa reakcja na stres i przemęczenie, czy po prostu mam oddzielne problemy z cerą, paznokciami, żołądkiem, metabolizmem, kręgosłupem, dodatkowym niepotrzebnym 1,5 kg (a kysz! a kysz!) i ogólnym samopoczuciem. Na tarczycę dziwkę nie bardzo mogę zwalić, bo przecież biorę hormon. Na prolaktynę też nie bardzo, bo wreszcie ją leczę. Ani na witaminę D, bo suplementuję.
Widocznie jestem już stara :)

Na wszelki wypadek zaczęłam robić brzuszki co drugi dzień (ok. 200 różnego rodzaju) i wizualizuję siebie biegającą od stycznia porankami, co by metabolizm mobilizować do życia. Na treningi krav maga chodzę, a jakże, ale z braku czasu wychodzi mi to raz w tygodniu, w porywach do dwóch, no i ostatnio są bardziej techniczne, bo w styczniu egzamin na kolejny stopień wtajemniczenia. A jak techniczne, to mniej siłowe i prawie w ogóle nie są kardio. Muszę coś tu pomanipulować, bo bez sportu moja przemiana materii nie istnieje.

Walczę nie tylko z ciałem, ale też z wordpressem w ramach tego nowego projektu, co to się urodził w Gruzji i który chciałabym Wam przedstawić lada dzień, a najlepiej jakoś w czasie Świąt, ale nie wiem, czy się wyrobię z szablonem.
A przecież nie mogę Wam się pokazywać taka niezrobiona i nieubrana, prawda? :)

A w tym wszystkim jeszcze staram się wyjść na prostą z różnymi zaległościami w sprawach urzędowych, w płatnościach i w wizytach lekarskich, bo przecież ciągle nie skończyłam rehabilitacji szyi po kolizji motocyklowej z kwietnia.

Jest dobrze, będzie lepiej, bylebym w końcu się wyspała, spędziła weekend w łóżku, obejrzała wszystkie zaległe seriale, zrzuciła dwa kilo do sylwestra, żeby się zmieścić w fajnej kiecce i jeszcze zdążyła się spotkać z wszystkimi znajomymi, których nie widziałam od tygodni albo nawet miesięcy.

Zaraz wychodzę na śledzika, jutro blogowigilia, w niedzielę takie tam spotkanie przedświąteczne, w poniedziałek trening, we wtorek może squash, w środę wigilia par excellence, w czwartek nie ruszam się z domu, w piątek zwalają mi się, w sobotę wesele, to w niedzielę się wyśpię.

Zdjęcie ma mi przypominać, że umiem się śmiać. I to zazwyczaj debilnie :)

Gruzja, Ogród Botaniczny w Batumi, fot: Karol Werner


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz