sobota, 29 listopada 2014

220. Gruzja 6 - Park Narodowy Mtirala, zipline i kasyno

Już w Warszawie jestem, już z kanapy do Was piszę, a nie z łóżka hotelowego w Batumi. Inaczej mi się słowa układają, wiem, energia inna, ale w którymś momencie zabrakło mi siły na wysyłanie w eter sprawozdań i notek. Chciałam więcej przeżywać, mniej agregować.

Nawet zdjęć mam dużo mniej z tych ostatnich dni w Gruzji. To zresztą u mnie normalne. Najpierw nie mogę się nadziwić temu, co widzę, ale ciągle jestem w jakimś przyjazdowym amoku, a dopiero po paru dniach, gdy organizm się przyzwyczai, mogę włączyć wszystkie zmysły i zacząć wchłaniać. Przez osmozę, jak sądzę ;)

A zatem będą wspomnienia, a nie relacje online.

Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja


Park Narodowy Mtirala. Utworzony całkiem niedawno, bo w 2007 roku. Dojechaliśmy tam busem, po coraz bardziej górskiej drodze. Trochę się dziwiłam, że bus może wjeżdżać na teren parku, ale najwyraźniej nie jest to zabronione, lokalni dojeżdżają, więc i my, busem 15 osobowym. Straciliśmy wprawdzie zderzak, gdy przemierzaliśmy rzeczkę wpław, ale kierowca ciągnął w górę i ciągnął. Przez chwilę myślałam, że Gruzini mają inne podejście do ekologii, ale zmieniłam zdanie, gdy to my zostaliśmy zawstydzeni prośbą o niewyrzucanie kiepów po papierosach na ziemię.
Wszak park narodowy.

Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Na "górze" pojedyncze domy, jakieś schronisko, przy którym wsiadł pan przewodnik i za chwilę dojechaliśmy do lokalnych atrakcji turystycznych. Trochę dla zwykłych dzieci, trochę dla dużych dzieci, zabawy było co niemiara :) Najpierw kolejka zawieszona nad rzeczką, później zipline, czyli zjeżdżanie na uprzęży z lin zawieszonych między drzewami. Bawiłam się fantastycznie i nawet żałowałam, że nie są one dłuższe. Liny, nie drzewa :)


Fot: Karol Werner, na zdjęciu: Tomasz Saweczko


Poszliśmy na spacer do okolicznego wodospadu (mam przy nim znakomite zdjęcia, które podkreślają świeżo nabytą oponkę w talii i nie bardzo umiem zdecydować, co powinno zwyciężyć - moja osobista próżność, czy obiektywizm relacji z podróży).

Później była krowa, a po krowie koń, nieco spragniony. Po koniu jeszcze liście bananowca w kształcie nieprzyzwoitym.
Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

A mnie się już wszystko kojarzyło i o tym kojarzeniu też Wam niebawem napiszę, ale jeszcze nie dzisiaj.


Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Prawie że niechcący kupiłam litr czaczy 60-procentowej (sprawdziliśmy takim śmiesznym termometrem), świeżo wyprodukowanej w przedstawionej na załączonym obrazku przetwórni wyrobów alkoholowych. W butelce plastikowej po lemoniadzie gruszkowej. Stoi dziś dumnie na blacie i czeka na gości.  


Produkcja czaczy, Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja


A potem obiad, a właściwie cudne przyjęcie u lokalnych mieszkańców. Nazwałabym ich gazdami, zwłaszcza, że prowadzą coś w rodzaju schroniska, karmią i dają dach nad głową, ale nie wiem, na ile to słowo jest adekwatne w stosunku do gospodarzy mieszkających w Czakvistavi (o ile dobrze lokalizuję miejsce). Teoretycznie te same potrawy, co we wcześniejszych knajpach. Ale podane zupełnie inaczej i jakby takie normalniejsze. I toasty. Najpierw za pokój, wiadomo. Bo pokój jest najważniejszy. Potem za zdrowie gości. Wreszcie za przyjaźń między gospodarzami a gośćmi. W sumie to nawet sama chciałam wygłosić jakiś toast, spróbować tego ich kodu kulturowego, ale wszystko i wszyscy mi mówili, że to powinni jednak faceci. Nawet, gdy jesteś gościem. No to się nie pchałam :)


Park Narodowy Mtirala, Adżaria, Gruzja

Kolację sobie darowaliśmy, bo żołądki - nawet rozciągnięte do granic możliwości - już nie przetwarzały tej ilości jedzenia. Dobrego jedzenia. Za to wieczorem wybraliśmy się do kasyna w pobliskim hotelu. Znowu fantastyczna zabawa. Zostaliśmy oprowadzeni przez menedżera, a następnie zaproszono nas do pokoju dla VIPów, gdzie każdy mógł się nauczyć grać w ruletkę. Bez pieniędzy, za to z prawdziwymi żetonami.


Gruzja, Batumi, kasyno w hotelu Sheraton 

Tradycyjnie już stawiałam na 17, bo to moja szczęśliwa liczba (Młody się urodził tego dnia i już kiedyś, dawno temu, wygrałam w kasynie kilkaset złotych właśnie dzięki tej 17-tce. Cudowna moc magicznego myślenia). I oczywiście zgodnie z prawidłami prawdopodobieństwa w pewnej chwili 17-tka wypadła. Dostałam 35-krotność stawki. Fortunę, znaczy się. I pewnie, gdybym grała na prawdziwe pieniądze, szybko odłożyłabym nadwyżkę, co by "inwestować" tylko kapitał początkowy, ale tu impreza trwała, więc skutecznie i systematycznie przegrałam wszystko, co miałam.

Gruzja, Batumi, kasyno w hotelu Sheraton 

Tymczasem pan menedżer opowiadał o tym, że do kasyn w Batumi przyjeżdżają głównie Turcy, gdyż u nich to jest - jeśli dobrze zrozumiałam - zakazane. Rzeczywiście sala ogólna była wypełniona ludźmi o mocno południowej urodzie. Kiedy więc dostaliśmy vouchery na 50 lari, z możliwością zagrania na automatach i wyjęcia z kasy wszystkiego, co wygramy, pochodziłam sobie między tymi mężczyznami i poczułam ten smak i zapach nadziei, ale również poczucie klęski i przegranej. Kasyna są siedliskiem przedziwnej energii.

Wygrałam 65 lari (ok. 130 zł). Najwyraźniej nie mam szczęścia w miłości ;)

Do hotelu wracaliśmy grubo po pierwszej w nocy. Zmęczona byłam masakrycznie. Wiedziałam świetnie, że gdybym sobie sama organizowała tę podróż, to na pewno nie dotarłabym do zjazdów linowych i z pewnością nie poszłabym do kasyna, ale czasami takie atrakcje zaproponowane trochę przypadkiem, dają wielką frajdę i pozwalają zapomnieć, że na co dzień jest się poważnym człowiekiem i że nie wypada tak głośno krzyczeć, gdy się spada w przepaść (enjoy the film, montaż Młodego).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz