piątek, 21 listopada 2014

219. Gruzja 5 - po owocach poznacie

O porannej wizycie w ogrodzie botanicznym w Batumi napiszę tylko tyle, że była i że podobno jest to ogród z wyższej półki. Nie znam się na roślinach, nie jest to moja bajka, ale rzeczywiście zrobiło na mnie wrażenie, że udaje im się "utrzymać" kilka stref klimatycznych i potrafią wyhodować roślinność z tychże. Nie wiem, jak to się robi, żeby na co dzień mieć tam wilgotność odpowiednią dla roślinności tropikalnej albo dla ogrodów japońskich, ale oni potrafią i z pewnością wiele turystów to docenia. Na szczęście niekoniecznie w drugiej połowie listopada, więc zwiedzaliśmy praktycznie samotniczo.



Dużo ciekawsze zaczęło się potem.
Zostaliśmy zabrani do przetwórni mandarynek, czyli do miejsca, gdzie owoce są skupowane, przebierane i pakowane przed wysyłką do sklepów, hurtowni i zagranicę. Przy taśmach głównie kobiety, przy transporcie głównie mężczyźni. Panie od sortowania owoców powiedziały nam, że zarabiają 350 lari (ok. 200 dolarów) za miesiąc pracy po 12 godzin przez 5 dni w tygodniu. Ich menadżerka - zapytana o to samo - podała nieco inne kwoty - 500 lari za 8 godzin przez 6 dni w tygodniu. Tak czy siak - niewiele. Ale chętnych do pracy jest dużo, więc zawsze się znajdzie ktoś inny na twoje miejsce. Pracujące panie są w różnym wieku i różnie reagowały na naszą wizytę. Pytałam każdorazowo, czy mogę zrobić zdjęcie i panie nie miały nic przeciwko, ale i tak czułam się dramatycznie nie na miejscu.





Sezon mandarynkowy w pełni, będzie trwał do świąt, może chwilę dłużej.  Pracowników jest w tej chwili około 400. A embargo ze strony Rosji na owoce unijne im się całkiem przydaje, bo Rosja bierze więcej mandarynek od nich. (swoją drogą myślałam, że embargo dotyczy tylko naszych jabłek, a tu się okazuje, że niekoniecznie. Powinnam to wyguglować i sprawdzić, wiem). Mandarynki są wysyłane także do Kazachstanu i pewnie do innych republik w tamtej okolicy.


Stamtąd pojechaliśmy do niewielkiej plantacji mandarynek. Dwa hektary, sporo drzewek, trzech panów, którzy są w stanie obrobić tonę dziennie. Z tej plantacji wychodzi ok. 15 ton mandarynek, więc w dwa tygodnie będzie po zbiorach. Za kilogram dostają od przetwórni ok. 25 centów USD. A przetwórnia sprzedaje to dalej po 75 centów USD. W filmiku poniżej (autorstwa Tomasza Lacha) możecie zobaczyć, z jaką miłością pan podchodzi do swoich owoców. Pod koniec wizyty poczęstował nas czaczą, rzecz jasna. Zaczynam zresztą powoli odróżniać jej smak i czuć, która mi bardziej podchodzi, a która jest zbyt podobna do naszej wódki (podobno dobra czacza powinna mieć przynajmniej 50-55 procent, mnie najbardziej smakuje ta ok. 65-70 ;).






Kolejnym etapem tego długiego dnia było zwiedzanie luksusowego hotelu Georgia Palace w Kobuleti. Znowu przedziwne poczucie nieadekwatności tej sytuacji, ale grałam dobrą minę do dziwnej gry. Na tyle skutecznie, że menedżerka usiadła koło mnie przy obiedzie, więc ją o wszystko wypytałam. 



Pracowników bierze z lokalnej szkoły gastronomicznej, najpierw na staże, potem do pracy. W większości mieszkają lokalnie. Na dzień dobry mogą zarobić ok. 500 lari za miesiąc pracy (ok. 20 dni). Po jakimś czasie, jeśli będą robili nadgodziny, mogą dojść do 800-900 lari. Pani sprzątająca, jeśli pracuje na niepełny etat dostanie może ok. 400 lari. 
Dla porównania kilka zdjęć z cenami złapanymi w Batumi, w samym centrum miasta, niedaleko promenady (więc pewnie w dość drogim miejscu). Wygląda na to, że nie jest łatwo spiąć budżet, gdy się jest kobietą pracującą w Batumi albo okolicach.




Po powrocie do miasta poszliśmy się przejść pod opieką przemiłej przewodniczki znakomicie mówiącej po polsku. Promenada, światła, kolory, kicz. Dziwne miejsca jakby gotowe pod zdjęcia. Podświetlone budynki, odremontowane kamienice. Wysokie wieżowce, z którymi nie wiadomo, co zrobić (np. budynek uniwersytetu przy naszym hotelu, oddany w 2012 r., ale uznany przez kolejne władze za kompletnie nienadający się dla studentów, skądinąd chyba słusznie). I Piazza, czyli też dość nowy plac, tętniący życiem i kawiarniami w sezonie, a kompletnie pusty w listopadowy wieczór. Nadal nie mój styl i nie moja bajka, ale z pewnością przyciąga turystów i pozwali im wypić smaczną kawę w miłym otoczeniu.  



Ja to wolę klimaty jak poniżej. Na razie jednak nie udało mi się zgubić w mniej zadbanych uliczkach tego 140-tysięcznego miasta. 

Tam zapewne toczy się prawdziwe życie i tam być może mieszkają ci, którzy za dnia sortują mandarynki. Chętnie bym się do nich wprosiła na kolację. 









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz