czwartek, 20 listopada 2014

218. Gruzja 4 - zabawa trwa

Dziś króciutko, bo zwyczajnie nie mam siły. Zaraz idę spać i mam nadzieję przechytrzyć te trzy godziny różnicy czasu, które co noc mi każą siedzieć do 3 nad ranem, za to złośliwie nie chcą obudzić rano.

Droga z Tbilisi do Batumi (jakieś 370 km) była długa i namiętna. Na tyle długa, że kilka razy spałam, na tyle namiętna, że dopadła mnie choroba lokomocyjna łamana przez problemy żołądkowe. Na szczęście jednorazowo. Jedna myśl z obserwowania wsi i miasteczek - bardzo dużo jest zabudowy, którą nazwałabym kolonialną. Muszę o tym poczytać.

Batumi przywitało nas z grubej rury. Turystycznie, błyszcząco i lekko kiczowato - zachodem słońca, morzem Czarnym, kolorowym podświetleniem wszystkiego, co się da, licznymi budowami hoteli i innych ciekawych wież (np. wieży alfabetu, której zastosowanie - wedle przewodniczki - jest jeszcze nie do końca określone), kolejki linowej i innych atrakcji turystycznych oraz pięknym widokiem na zatokę, wodę, plażę i co tam chcecie. Wakacje jak ta lala. Na wszelki wypadek już nic nie piszę o tym, że część Gruzinów uważa to podświetlenie za marnotrawstwo, bo znowu wyjdzie na to, że się nie znam :)



Adżaria jest regionem coraz bardziej turystycznym, zwłaszcza od czasu, gdy Abchazja stała się "mniej" dostępna. Kiedyś jeździło się do Abchazji, dzisiaj tę rolę próbuje przejąć wybrzeże adżarskie. Klimat subtropikalny, słońce świeci, temperatura około 20 stopni w drugiej połowie listopada. A turystów o tej porze niewielu, więc całkiem przyjemnie można się poszwendać. W hotelu konferencje, panowie w garniturach i my przemykający się w converse'ach albo szlafrokach w drodze na basen. Odpoczywamy.


W restauracji czacza, wino, lemoniada estragonowa i cielęcina z kolendrą, fasola w glinianym dzbanuszku, pomidory, ogórki, chlebki kukurydziane, zapiekane pieczarki, sałatka z wołowiną, mus z buraków i orzechów oraz masa innych smacznych rzeczy, których nazw oczywiście podać nie potrafię, ale moi koledzy blogerzy i blogerki kulinarni na pewno zrobią to fachowo, zwłaszcza, że zdjęcia robią każdorazowo bardzo profesjonalne. ("Czy można już jeść, czy ktoś jeszcze będzie pstrykał?" - to stały nasz tekst).




A potem zaczęły się tańce. Bo po drugiej stronie sali stał długi stół z suprą (ucztą, w czasie której wygłasza się toasty) z okazji pewnej okazji (zeznania były sprzeczne, najpierw, że były to zaręczyny, później, że urodziny, aż wreszcie, że to chyba jednak było świętowanie narodzin dziecka i jego chrztu. Tak czy siak, ktoś z pewnością kogoś kocha i tego się trzymajmy). Wpierw przyglądaliśmy się sobie trochę spod łba, za chwilę tańczyliśmy razem mniej lub bardziej po gruzińsku (my to mniej, oczywiście), aż wreszcie były wzajemne toasty, częstowanie tortem, wspominanie meczu Gruzja-Polska i Lecha Kaczyńskiego oraz dyskretne przekazywanie papierków z numerem telefonu.

Dawno się tak nie ubawiłam!

(a w nagrodę filmik z tańców zrobiony kamerką GoPro tymi ręcami, więc totalnie nieprofesjonalnie)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz