środa, 19 listopada 2014

217. Gruzja 3 - Tbilisi miastem sprzeczności

W Tbilisi jest bardzo mało reklam outdoorowych. Co jakiś czas samotny billboard rzuca się w oczy, głównie dlatego, ze stoi sobie bez kolegów i czeka na lepsze czasy. Krajobraz wydaje się więc nieszczególnie kolorowy. Ale to nie do końca jest prawda.

Tbilisi jest pełne sprzeczności. Z jednej strony bardzo nowoczesne mosty, budowle i inne podświetlenia co poniektórych atrakcji turystycznych, z drugiej - wiele niezagospodarowanych terenów, także w centrum, oraz ogromna liczba rozpadających się domów. Pod niezamożnymi chatami stoją kosztowne samochody, a w nieszczególnie wyglądających z zewnątrz sklepach można dostać właściwie wszystko. Co i rusz mam skojarzenie z Tiraną. Może dlatego, że i tu i tam język jest na tyle trudny, że na ulicy ciężko cokolwiek zrozumieć.

Na tym zdjęciu widać nowoczesność. Nasza pilotka mówi, że to dzieło Saakaszwiliego, prezydenta Gruzji w latach 2004-2007 i 2008-2013, młodego i bardzo proeuropejskiego reformatora Gruzji, który zresztą był młodszy ode mnie, gdy został wybrany. Jego polityka polegała między innymi na tym, że chciał, żeby Gruzja była ładna. Wspierał więc rozmaite upiększenia i atrakcje widoczne od razu. Co by oko miało się na czym zawiesić, a turysta miał co fotografować. Nie wszystkim się to podobało, dlatego przy okazji ostatnich wyborów obywatele odwrócili się w inną stronę, wybrali Iwaniszwiliego i jego partię Gruzińskie Marzenie (jeszcze o nim z pewnością napiszę). 

Abstrahując od polityki coraz bardziej prorosyjskiej tego ostatniego, przyznam, że sama nie wiem, jak bym zagłosowała. Czy za szklanym mostem, o którym lokalni mówią, że przypomina podpaskę, czy na przykład za doprowadzeniem kanalizacji do domów. I choć Saakaszwili wydaje się bohaterem narodowym ze względu na to, jak zmienił Gruzję, to wiadomo, że nie wszystkim się jego decyzje podobały.  

A Tbilisi wygląda również w ten sposób: 







I nie musiałam szukać bardzo daleko. Nie są to jakieś podmiejskie dzielnice biedoty i patologii. Po grupowym zwiedzaniu pchlego targu po prostu przeszłam przez most, popatrzyłam, w którą stronę idą ludzie i poszłam w górę za nimi. Potem trochę musiałam kombinować, bo wylądowałam na skrzyżowaniu bez pasów, ale zamknęłam oczy i postanowiłam się nie bać. Powoli, najpierw jeden pas, potem drugi, przy kolejnym samochody się zatrzymały i mnie przepuściły. 

Dziwnie to zresztą wygląda, zwłaszcza gdy widać kobiety z dziećmi albo nieszczególnie mobilnych starszych ludzi, jak przechodzą przez szerokie i wielopasmowe aleje pełne aut. Samochody się delikatnie przesuwają, ciaśniej trzymają na danym pasie, żeby nikogo nie potrącić, i to nawet jeśli w danej chwili na trzech pasach jadą cztery auta. 

Ruch uliczny jest tu naprawdę płynny. 



Pochodziłam, poszperałam, trochę się nawet wystraszyłam, bo na ulicach są głównie mężczyźni i jakoś zrobiło mi się nieswojo, gdy w wąskiej uliczce między domami któryś z nich zaczął do mnie gadać za bardzo damsko-męsko. Zastanowiłam się spokojnie, w którą stronę będę uciekać, jak już go kopnę w jaja. Na szczęście mój brak zainteresowania ostudził pana, a ja sobie spokojnie poszłam dalej. W stronę złotej kopuły wielkiej katedry. Nie wchodziłam do środka, więc nie wiem, czy bardzo piękna. Jakoś tak już mam, że zamiast sacrum, wolę zwiedzać profanum, a muzea zostawiam tym, którzy szukają przeszłości. 

W drodze powrotnej do hotelu zajrzałam do strażaków. Mieli na murze ładną płaskorzeźbę, którą chciałam sfotografować. Podeszłam do szlabanu, pokazałam panu swój aparat, palcem wskazałam ścianę i zrobiłam pytające oczy. Strażak kazał poczekać. Podszedł do grupy innych strażaków i zapytał kogoś, najwyraźniej przełożonego. Przełożony spojrzał na mnie, ja znowu gestem na aparat, płaskorzeźbę, pytanie w oczach, a on do mnie, żebym poczekała. Poszedł do budynku. Zapewne zapytać kolejnego przełożonego. Przecież to nie przelewki. Wielka blondyna chce zrobić zdjęcie, to nie możemy jej wpuścić tak po prostu, prawda? Strażak wrócił do szlabanu i ponieważ trochę się śmiałam z tej poważnej sytuacji, to nie bardzo wiedział, gdzie schować wzrok. Też czuł jej absurdalność. Po kilku minutach (!) przełożony wrócił od szefa wszystkich szefów i zrobił gest, że mogę. Uff. Weszłam za szlaban, zrobiłam zdjęcie i wszyscy poczuli, że to jakoś mało. Za krótko. Po co było tyle zachodu, skoro mnie to zajęło kilka sekund. Grzecznie więc odwróciłam się do nich i spytałam, czy im również mogę zrobić. Nie oponowali. 





Po dobrej kolacji (która jednakowoż nas nie zaskoczyła, bo zawierała dokładnie te same elementy co każdy wcześniejszy posiłek) wróciliśmy pieszo do hotelu (chcieli nas zawieźć, zaczynamy się buntować ..) i po drodze nabyliśmy jeszcze trochę wina, co by ten dzień zakończyć godnie na ósmym piętrze hotelu, z widokiem na rzekę. Dzień bowiem był długi i namiętny, gdyż rano zwiedzaliśmy Mcchetę, czyli pierwszą stolicę Gruzji, taki ichniejszy Biskupin czy też Gniezno, tyle że dużo fajniejsze. Pozwólcie jednak, że dam innym o tym opowiedzieć, bo jak wiadomo - nie jestem najlepszą turystką na świecie. 

Do pokoju wracałam niepewnym krokiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz