wtorek, 18 listopada 2014

216. Gruzja 2 - Coś za coś.

Nadal chłonę pierwsze wrażenia. Nadal w głowie mam głównie krótkie obrazki i masę pytań. Nie mam pojęcia, jacy są Gruzini, ale Gruzja wydaje się przyjazna i swojska. A nawet swoja.

Postsowieckie uzdrowisko opuściliśmy z samego rana. Zasnęłam jakoś przed czwartą, więc byłam dość porządnie nieprzytomna. W drodze do Tbilisi próbowałam pospać, jednak adrenalina spowodowana obserwacją drogą i sposobu jazdy lokalnych kierowców mnie skutecznie rozbudziła. Wyprzedzanie na trzeciego, pod górkę, przy linii ciągłej i jechanie między pasami albo swobodne wjeżdżanie na skrzyżowanie wielopasmowe bez namalowanych linii ani świateł, które by sterowały ruchem, jest zupełnie normalne. Mam wrażenie, że Gruzini nie lubią używać hamulca, więc włączają się do ruchu płynnymi manewrami. A jak komu to przeszkadza, to daje po długich lub trąbi. W sumie dość przewidywalna komunikacja. Jazda w Warszawie jest stanowczo bardziej dynamiczna, przerywana, skokowa, a średnia prędkość pewnie trochę wyższa, ale to w Gruzji ruch odbywa się płynnie i bez niepotrzebnych nerwów. Coś za coś.  

W Tbilisi zimno, mokro i do domu daleko. W ramach swojej potrzeby samostanowienia wraz z jedną koleżanką uciekłyśmy od grupy i starówkę zwiedzałyśmy samodzielnie. Prawdopodobnie powinnam teraz doczytać o historii poszczególnych kościołów, pomników i mostów. Za to zwiedziłam synagogę, wypiłam bardzo drogą kawę w bardzo miłej kawiarni i poszwendałam się po starych i zniszczonych uliczkach, w których na pewno nie ma nic ciekawego. Coś za coś. 

Jedzenie wszędzie nam podają podobne, acz za każdym razem jest trochę inne. Chaczapuri (placki z serem, w sposobie podania podobne do quesadilli) są tłuste, ciężkie i nie powinnam ich jeść w takich ilościach. Ale co ja na to poradzę, że mi smakują. Zresztą wszystko na to wskazuje, że jeżdżenie do Gruzji w trakcie diety to bardzo zły pomysł. Słodzone napoje gazowane z estragonem, pieczarki pieczone pod serem, pierogi wypełnione mięsem i rosołem (chinkali), ciastka, ciasteczka i inne pyszne chleby oraz wino, wino i jeszcze raz wino. Cywińska powinna natychmiast przestać jeść, albo pogodzić się z myślą, że wróci trochę cięższa. Coś za coś, prawda? 

Na ulicach widać głównie mężczyzn, chyba że w porze odbierania dzieci z przedszkola. Gruzinki (szczególnie te starsze) ubrane przede wszystkim na czarno. Dużo kotów, psów i nienowych samochodów niemieckich i japońskich. Mężczyźni zaczepiają, ale nie tak nachalnie jak w krajach arabskich. Ulice często bez chodników i bez przejść dla pieszych. Piesi jakoś sobie radzą, nawet gdy ulica wielopasmowa. Idą stopniowo. Więc my też. 

Wieczorem padłam na twarz w przyjemnym hotelu Dolabauri. Internet śmiga, pokoje w standardzie międzynarodowym, obsługa sprawna w języku lengłydż, śniadanie europejskie (+ kasza i ziemniaki w podgrzewaczu).
Okolica za to niewymuskana.
Coś za coś ;)
Tskaltubo Spa Resort

Tskaltubo Spa Resort

W drodze do Tbilisi

Kobiety po lewej

Tbilisi

Tbilisi

Tbilisi

Koty

Piekarnia w Tbilisi

Podwórko w centrum miasta

Mozaika pod Wieżą Zegarową

Cinema ;) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz