niedziela, 16 listopada 2014

215. Gruzja 1

Uwielbiam ten moment, gdy już jestem w drodze, już gdzieś jadę, a jeszcze kompletnie nie wiem, co mnie czeka. Pierwsze obserwacje w nowym miejscu, pierwsze zapachy, pierwsze dźwięki. Trochę jak na imprezie, gdzie nikogo nie znam. Wchodzę do mieszkania i wiem, że za parę godzin będę bogatsza o ileś interakcji, ale na razie nie wiem nic.

Gruzja pachnie wiosną i morzem. Wprawdzie w Kutaisi nie ma ani morza, ani wiosny, ale tak właśnie mi zapachniało, gdy wysiedliśmy z samolotu bezpośrednio na płytę lotniska. Budynek nowy, ładnie oświetlony, wszystko nowoczesne, trzy godziny później niż u nas, więc teraz jest już sporo po północy, a mój organizm myśli, że jest ledwo po 10tej. Pani celniczka mówiąca po polsku. Nauczyła mnie pierwszych dwóch słów gruzińskich. Gamardżoba i modloba. Dwa kolejne - ara i ki - to już nasza pilotka. Alfabet jest przeuroczy, prawie że romantyczny. Odróżniam literkę "i", co trochę pomaga w rozumieniu napisów. Tbilisi ma na przykład trzy "i" ;) (თბილისი)

Dziś nocujemy w postsowieckim resorcie Tskaltubo i choć pokoje są ładnie odnowione, a obsługa jak najbardziej uprzejma, to czuć tu historię wielu pokoleń nomenklatury partyjnej i lekki zapach zagrzybionej fugi w łazience.

Niewiele widać po nocy, ale park, fontanny, aleje i inne zielone zakątki robią wrażenie. Zdjęć póki co żadnych nie mam, może jutro przed wyjazdem uda się coś wyczarować - choć trudno wyczuć, słońce wstaje dopiero o 7h50. A to i tak będzie jakaś dramatycznie nieistniejąca pora według mojego organizmu.

Droga do Kutaisi zatłoczona ciężarówkami, a na poboczach jedna stacja benzynowa za drugą. W którymś momencie, gdzieś w środku miasteczka, na poboczu leżała sobie krowa i przyglądała się nam. A ta droga to taka siódemka do Gdańska albo co najmniej krajówka. Ciekawe, co o nas myślała.
Jutro w planach Tbilisi, parę godzin w drodze. Kierowca - Walery, potężny i sympatyczny chłopak koło 50-tki - nie mówi po angielsku, więc muszę pracować nad swoim nieistniejącym rosyjskim. Przyniósł czaczę, 50-stopniowy bimber swojej produkcji. A później wręczył mi kwiatek, świeżo zerwany z klombu, na okoliczność imienin.

Ciekawa jestem, jak nam się ułożą grupowe relacje i zależności. Dziesięcioro indywidualistów na zorganizowanej wycieczce to brzmi jak masakra piłą mechaniczną.
Ale może tylko tak mi się wydaje :)
ძილი ნებისა



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz