piątek, 14 listopada 2014

214. Jadę do Gruzji! W niedzielę!

W ostatnią niedzielę, czyli we wtorek 11 listopada, siedziałam sobie spokojnie na kanapie i obserwowałam w internetach relacje z marszów i innych dewastacji, gdy na skrzynkę przyszedł mail z pytaniem, czy jadę do Batumi.

Mnie o takie rzeczy nie należy pytać - wiadomo, jaka jest odpowiedź. Wczytałam się w wiadomość, że wyjazd blogerów na tydzień, że jedno miejsce z konkursu i że trzeba ich przekonać, że to właśnie ja powinnam. I co bym chciała w tej Adżarii. Hmm. Zaczęłam pisać. A że złapałam flow, to za chwilę kliknęłam "wyślij" i o sprawie częściowo zapomniałam. Bo w takich konkursach albo się wstrzelisz w nastrój i poczucie humoru jury, albo się nie wstrzelisz. Zaglądałam wprawdzie na ich stronę, czekając na wyniki, jednak bez większych nadziei. Pomyślałam sobie jedynie, że skoro wyjazd jest już w tę niedzielę, to może część osób zrezygnowała, bo to za krótki termin na podjęcie decyzji.

Wczoraj wieczorem odebrałam mail zaczynający się od słów:
W zasadzie to masz rację, bardzo się nam przyda na wyjeździe ktoś wysoki :)
Nie wiadomo, dlaczego nie pomyśleliśmy o tym od razu.
Gratulujemy zwycięstwa w naszym konkursie, zapraszamy na wyjazd do Gruzji, możesz zacząć się pakować :) Naprawdę wyjeżdżamy już w niedzielę :)

Padłam z wrażenia. Usiadłam. Zaczęłam mówić dużo bardzo brzydkich słów i kompletnie nie mogłam w to uwierzyć. Przekonałam ich! Wygrałam! Pojutrze lecę do Kutaisi! Z ekipą innych blogerów.

Szef dał mi urlop, dziecko (aktualnie na Białorusi, chyba ma to po matce) przechowa się u ojca , kotom kupiłam dużo żarcia, a sama zaczęłam przedzierać się przez książki, internety i innych znajomych, co by tam nie lecieć tak kompletnie bez przygotowania.
Uwielbiam ten stan podniecenia i niewiedzy!

A co tak dokładnie im napisałam?
No wiadomo, że bardzo bym chciała polecieć do Batumi razem z całą ekipą. Kto by nie chciał? I myślę sobie, że ekipa miałaby ze mnie pożytek.
Zacznijmy od tego, że jestem bardzo wysoka (185 cm). W samolocie to może nie jest najwygodniejsze, bo nogi się nie mieszczą, ale za to w tłumie ludzi (na koncercie albo na bardzo zatłoczonym placu targowym, gdzie wszyscy inni się pogubili) widzę wszystko i wszystkich. Nie musiałabym wchodzić na wieżę alfabetu, żeby kogoś odnaleźć (choć w sumie chciałabym ją zobaczyć, wszystko co ma związek z językami mnie niezwykle kręci, i nie, nie mam na myśli żadnych nieprzyzwoitych rzeczy, czy wiecie np. że język gruziński ma swój własny alfabet składający się z 33 liter?).
Mnie również dobrze widać. Z daleka. Także dlatego, że jestem kolorowa. Nienawidzę szarości, czerni i brązów, za to turkus, fiolet i amarant to moje barwy na co dzień. (jeśli w jury jest jakiś mężczyzna, to chodzi o niebieski  i ciemnoróżowy). Wprawdzie w Gruzji istotnym kolorem jest biały, a biel pogrubia, ale jeśli to byłoby warunkiem mojego wyjazdu to obiecuję - będę chodzić w białym sweterku cały czas (byle nie w białych kozaczkach!).
Oprócz  wzrostu i kolorów mogę zaoferować swoje umiejętności w zakresie krav maga. To taki izraelski system samoobrony. Jedzie sporo dziewczyn, pewnie wolelibyście faceta na to ostatnie miejsce i ja w sumie Was rozumiem, ale pomyślcie - nie dość, że wysoka wyszczekana baba, to jeszcze umie wsadzić palce w oczy w razie czego, albo kopnąć w krocze. Chętnie Was nauczę, jak to się robi, bo to w gruncie rzeczy nie jest skomplikowana rzecz.
Co jeszcze mam? O, już wiem, prawo jazdy kategorii A. Mogę więc wypożyczyć motocykl w tym Batumi, zabrać kogoś ładnego jako plecaczek i pojechać zwiedzić niedalekie fortyfikacje albo pozostałości po Rzymianach czy też Turkach. Albo w góry. Internety mówią, że tamte okolice są cudowne na jazdę enduro. Chcę to!
Z kompetencji potrzebnych w Gruzji mam jeszcze dwie – umiem wygłaszać toasty, długie i na temat, rzecz jasna, i … mam całkiem mocną głowę. Jeśli potrzeba kogoś do nawiązywania kontaktów z obcymi ludźmi i zadawania im dziwnych pytań – zgłaszam się na ochotnika. W Maroko drugiego dnia pobytu wylądowałam z kumplem w mieszkaniu pewnego sprzedawcy ulicznego i jego rodziny, zaproszona przez niego, żebym poznała jego żonę i dzieci (matka nie mówiła w żadnym europejskim języku, dzieci jakoś pomagały) i wypaliła z nim fifkę. Tak jakoś wyszło. Przypadkiem. Za chwilę Abdel grał na jakiejś takiej małej bałałajce, a jego żona podała tajine, które było najlepsze, jakie jadłam kiedykolwiek. No więc jeśli ktoś ma się zaprzyjaźnić z kochanymi Gruzinami, to na pewno ja :).
No i last but not least, 16 listopada są moje imieniny. Ojciec wymyślił tę datę trochę bez sensu, na Matki Boskiej Ostrobramskiej, w większości kalendarzy tego nie ma, ale jednak. 16 listopada. A w Gruzji obchodzą imieniny co najmniej tak bardzo jak urodziny. To jest znak. Mówię Wam.
Obiecuję, że będę świętować do rana :) W Batumi. 


Czyż życie nie jest piękne?


3 komentarze:

  1. Fajnie to napisalas, nic dziwnego ze wygralas, bo nalezalo sie. Gratuluje i czekam na relacje, Kasia.

    OdpowiedzUsuń