sobota, 23 sierpnia 2014

211. Na zamku. Na wieży. Na plaży. Na ratunek.

Dzisiaj znowu nas poniosło i wyniosło. Znacie stronę forgotten.pl?
Ja też nie znałam.

Najpierw pojechaliśmy do Zamku w Łapalicach. Jego historia jest przeurocza. Jakieś 25 lat temu pewien pan, artysta z Gdańska, postanowił zbudować sobie zamek. Taki prawdziwy, z wieżyczkami, salą balową i basenem. (i księżniczką zapewne, ale o niej niewiele wiadomo). Pozwolenie miał na budowę pracowni artystycznej na 170 m2. Wyszło mu nieco więcej, bo jakieś 5000 m2. Po drodze miał kłopoty z inwestycją i z własną firmą, skończyło mu się finansowanie, a następnie zaczął mieć problemy z polskim prawem budowlanym. Samowola się wprawdzie już zasiedziała, ale ostatnie wieści sprzed niecałego roku głoszą, że odpowiednie instytucje nie zgadzają się na legalizację tego budynku. A szkoda, bo można by go już w obecnym stanie wykorzystać turystycznie. Może sam by zarobił na swoją renowację albo dokończenie?







Na razie jest to dość niebezpieczne miejsce (brak jakichkolwiek barierek, wiele pięter, nie polecam wizyty z małymi dziećmi albo po nocy), dodatkowo przebywanie tam jest nie do końca legalne, wszak to teren prywatny. Ludzi jednak całkiem sporo, w ciągu godziny widzieliśmy z 25-30 osób. Niektórzy robią sobie zdjęcia, inni nie mogą się nadziwić, że taka budowla stoi niewykorzystana, a jeszcze inni zostawiają po sobie puszki, butelki, tagi i inne rysunki. Ale ci ostatni to raczej nocą. I ogniska sobie robią.


Na samym końcu poszliśmy zobaczyć basen. Wcale nie najmniejszy, a na pewno głęboki, dół miał spokojnie ze 4 metry. I kiedy tak wyobrażaliśmy sobie, jakby to wyglądało z wodą, nagle w tej wielkiej betonowej dziurze ukazał nam się mały lisek. Wychudzony, kulejący na jedną łapkę, szukający jedzenia wśród śmieci i robiący do nas oczy kota ze Shreka. Włączył mi się św. Franciszek. Przecież nie można zostawiać ledwo żywego liska w takiej pułapce. Wydawało się, że nie ma dla niego wyjścia, a nóżka się złamała, gdy wpadał do basenu.

Sytuacja nie była prosta. Dół był na tyle głęboki, że baliśmy się do niego wchodzić. Niby stała belka przy ścianie, tak do połowy wysokości, ale i tak potrzebna by była pomoc, żeby się dalej wciągnąć. Lisek mógł być chory i nawet jeśli nie sprawiał wrażenia przerażonego ludźmi, to w chwili złapania mógłby zareagować agresywnie. A co jeśli miał wściekliznę? No ale zostawić go w basenie? Bez wody, bez jedzenia, bez niczego? Nie byłabym w stanie.

Zaczęliśmy więc szukać odpowiedniej instytucji, która by pomogła. Wszystkie towarzystwa opieki nad zwierzętami są w soboty nieczynne. Straż miejska w Kartuzach nie odpowiadała. Nawet do Wajraka na fejsie napisałam, może miałby jakiś pomysł, co z nim zrobić, albo jak go wydostać z basenu dbając o własne bezpieczeństwo. Wreszcie K. zadzwonił do lokalnej straży pożarnej. Najpierw go obsztorcowali, że to własność prywatna i co on tam robi, a potem zaczęli się dopytywać, jakby rzeczywiście zamierzali przyjechać i pomóc. W tym właśnie momencie kolega lisek ukazał nam się piętro wyżej, poza basenem, nadal kulejący, ale całkiem wolny. Widocznie jednak miał jak się stamtąd wydostać, jakąś kanalizacją albo co. Odetchnęliśmy z ulgą. Nie umiałabym odjechać wiedząc, że zostawiłam rannego i głodnego liska w basenie.  

Z Łapalic pojechaliśmy do Dębek. Do wieży telekomunikacyjnej. Wcale nie jest łatwo ją znaleźć, bo ani z lasu, ani z plaży za bardzo jej nie widać. A zresztą w tym miejscu na plaży jest siatka między piaskiem a wydmami. My podeszliśmy od strony lasu. Idąc od Dębek należy skręcić w prawo tam, gdzie w lewo jest droga w stronę stacji hydrologicznej. I wspiąć się na górkę. Na teren bezpośrednio otaczający wieżę nie wolno wchodzić. Na samą wieżę również. A już na pewno nie należy oglądać pięknych widoków po horyzont, ani robić sobie zdjęć.

Fot: Kuba Żołnierczyk

Fot.: Kuba Żołnierczyk


Tuż obok jest plaża dla nudystów, ale przy obecnej temperaturze jakoś trudno się dziwić, że nie było tam tłoku ;) Wróciliśmy wzdłuż brzegu, mocząc sobie nóżki, tym razem po kolana, bo trzeba było jakoś przejść przez rzekę, której ujście jest niedaleko. Woda całkiem poprawna i coraz bardziej mnie kusi, żeby się wykąpać. W sensie tak całościowo. Przez krótki moment był też pomysł, żeby pograć w cymbergaja (lubię, ach lubię), ale turyści skutecznie mnie zniechęcają do kontaktów społecznych.
Uciekliśmy.

Po drodze jeszcze jeden krótki przystanek w Borkowie Lęborskim. Obejrzeliśmy zdewastowany grobowiec rodziny Von Tesmar.  W środku zagajnika, trochę straszno, bo przez niepełne drzwi widać otwarte i połamane drewniane trumny. Nie ma w nich wprawdzie już szczątków ludzkich (zostały pochowane przed grobowcem, właśnie z powodu dewastacji), ale wyobraźnia działa.
Świetne miejsce na jakieś inicjacje stowarzyszeniowe. Albo obozy dla niestrachliwych ;)

A potem już prosto do Słupska. I taka myśli mi się nasunęła, gdy zaległam w łóżku z komputerem na udach - trzeba się naprawdę postarać, żeby się nudzić w Polsce.
I w każdym innym miejscu też :)

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy Ty i Twoje rodzenstwo szukaliscie podobienstwa do rodziców.? Mogę Tobie pomóc,choć to wiesz- do mamy jestes podobna. Ładne zdjęcia !

    OdpowiedzUsuń