czwartek, 7 sierpnia 2014

206. Jak schudłam 18 kg (and counting)

W wersji krótkiej ta historia brzmi: jedz sensownie, dużo się ruszaj, przebadaj się, pracuj nad konsekwencją, bądź dla siebie łagodny/a i nie przejmuj się nadmiernie.

Wersja długa jest długa, ale może ktoś doczyta do końca. Albo przynajmniej obejrzy obrazki ;)

Zaczęło się kilkanaście miesięcy temu, pod koniec marca 2013, gdy wyjeżdżałam właśnie w podróż życia do Stanów. Parę dni przed odlotem wpadłam do przyjaciela pożyczyć aparat fotograficzny. I z głupia frant stanęłam na jego wadze. Po dziś dzień żałuję ;) Wynik mnie przeraził. Przy 185 centymetrach ważyłam 103,5 kg.
Początki otyłości według skali BMI

Z nadwagę borykałam i borykam się od wielu lat. Pacholęciem będąc byłam szczupła, a nawet chuda (z przodu plecy, z tyłu plecy) i czułam się z tym bardzo dobrze, ale potem zaszłam w ciążę i przytyłam prawie 30 kilo. Nigdy nie udało mi się tego zrzucić. Miałam kilka podejść mniej lub bardziej udanych i spróbowałam kilku diet, mniej lub bardziej restrykcyjnych. Raz nawet było skutecznie, schudłam z 10 kilo pod opieką dietetyczki, ale potem poznałam toksycznego faceta i w ciągu dwóch lat wszystko wróciło. Toksyczne relacje nie służą zdrowiu, wiadomo.
Maroko, 2011

Stanęłam więc na tej wadze, popłakałam się i doszłam do wniosku, że jest naprawdę źle. Od kilku tygodni wprawdzie chodziłam na zajęcia krav maga dla kobiet, ale ledwo dyszałam, gdy moje młodsze, szczuplejsze i lepsze kondycyjnie koleżanki skakały wokół, ile wlezie. Czułam, że powinnam zrzucić parę kilo z przyczyn zdrowotnych. Stawy kolanowe nie przepadają za nadwagą. Organy wewnętrzne nie lubią nadmiernego otłuszczenia. A organizm stanowczo lepiej śpi, gdy waga jest zbliżona do normalnej.

Montpellier 2011

Rzecz jasna miałam dobrą wymówkę dla ludzi wokół i dla samej siebie: mam wszak niedoczynność tarczycy.  I to prawda, choroba Hashimoto nie pomaga metabolizmowi, a już na pewno spowalnia różne procesy w organizmie, jednak znam ludzi o chorej tarczycy, którzy jakoś utrzymują wagę w ryzach. Niestety. Odchudzanie przy niedoczynności JEST trudniejsze, ale nie jest niemożliwe. Wiedziałam również, że nie wyglądam na te 100 kilo z hakiem. Umiałam i umiem się ubrać, jestem wysoka i potrafię wyeksponować biust, podkreślić talię, nawet gdy jej prawie nie ma i schować grubą dupę.



San Francisco 2013



Co nie zmienia faktu, że byłam gruba. A nawet otyła. Trzeba było się z tym zmierzyć.


San Francisco, 2013

Pojechałam zatem do Stanów. Przeżyłam wiele fantastycznych przygód, również damsko-męskich (bo, warto to zauważyć - kobiety z nadwagą też się podobają facetom, atrakcyjność bynajmniej nie jest funkcją szczupłości i liczby kilogramów) i przyjechałam szczęśliwa, nagrzana słońcem oraz.. szczuplejsza o jakieś 3-4 kilo. 

Wróciłam na kravkę, już do grupy mieszanej, chciałam się ruszać. Co jakiś czas nawet próbowałam biegać. Nie jest to dobre dla kolan, gdy się biega z nadwagą, ale przecież jakoś trzeba sobie tę kondycję budować. 

Na początku lipca dotarłam do dietetyczki. Przyznałam się przed sobą, że sama nie dam rady i że potrzebuję pomocy. Dostałam zalecenia i przepisy. I dużo wsparcia. Bo w moim przypadku kolejna dieta cud nie miała szans się udać. Tu trzeba było zmiany nawyków. Odstawienia słodyczy przede wszystkim. Jedzenia większej ilości warzyw i owoców. Zastąpienia kanapek mięsem i nabiałem. Zadbania o siebie. 



Mam w ogóle wrażenie, że większość mojej pracy nad sobą sprowadzała się do zamieniania złych nawyków na dobre. Miałam na ten przykład tendencję do nagradzania się słodyczami. I do rozładowywania napięcia nimi. Gdy było mi przykro - czekolada. Gdy byłam zmęczona - mmsy. Gdy chciało mi się płakać - lody. Gdy chciałam odpocząć - wielka kanapka. Bez sensu, ale jakże trudne do przeformułowania. Nauczyłam się nagradzać samą siebie w inny sposób niż jedzeniem. I przede wszystkim poszukałam ukojenia w ruchu, w sporcie, w endorfinach płynących z fizyczności innej niż procesy trawienne.  

Karolina ustaliła mi plan. Zwróciła uwagę na to, że poza słodyczami i kanapkami to ja niewiele jem, więc zasadniczo mój organizm jest wiecznie głodny. Na początku nauczyła mnie liczyć kalorie. Tak mniej więcej. Jej system to między innymi pokazywanie, ile danego produktu wchodzi na 50 kcal. Jak wygląda taka porcja na talerzu. Bo wiadomo, nie zawsze ma się możliwość dokładnego sprawdzenia tych kalorii, a czasami popełnia się kosztowne błędy z niewiedzy. Bo niby skąd miałabym wiedzieć, że 2/3 opakowania malin to tyle samo kalorii co 2 orzechy brazylijskie, prawda? Zaproponowała poziom kalorii na 1500 dziennie. Wiem, to dość dużo, wzięła pod uwagę mój wzrost, i fakt, że się całkiem sporo ruszam. Dostałam od niej 1300 kcal w 5 posiłkach oraz 200 kcal buforu, z którym mogłam zrobić co bądź. Taki ukłon dla mojej wolnościowej natury ;) A 200 kcal to całkiem sporo -  np. prawie cały snickers lub prawie całe piwo, albo serek bieluch z papryką i słonecznikiem. Mogłam wybrać. 

Wzięłam się do roboty, zaprzyjaźniłam się z lokalnymi targami i dostawcami warzyw i owoców. Nawet parę ustensyliów dokupiłam do kuchni, co by się poczuć lepiej. I tak sobie trwałam w tej diecie, chudłam w miarę bezpiecznie, bo kilka kg miesięcznie i praktycznie wszystko szło z tłuszczu (lub z wody, na samym początku). Kiedy zaczynałam przygodę z Karoliną, moja masa mięśniowa wynosiła jakieś 55 kg. I wcale się nie zmniejszała z czasem, choć waga spadała. Karolina ma takie specjalnie urządzenie, które potrafi elektroczymśtam ocenić, ile jest czego w ciele - wody, mięśni, tłuszczu i już nie pamiętam czego.  

Pierwszy kryzys miałam na jesieni. Brakowało mi słońca i energii. Próbowałam zmienić panią endokrynolog, bo wiedziałam, że coś jest nie tak z moimi wynikami tarczycowymi, ale jakoś mi to nie wychodziło. Poznałam wówczas fajnego faceta, zaczął mi gotować (a robił to znakomicie), i chociaż bardzo prosiłam, żeby raczej mi serwował dania kalorio-oszczędnie i on się bardzo starał, to jednak ciągle wychodziło na to, że jem za dużo. Nie tyłam, ale przestałam chudnąć. Byłam tym bardzo rozczarowana. On wprawdzie twierdził, że moje kształty się zmieniają i rzeczywiście czułam, że talia się robi bardziej zarysowana, a uda mniej masywne, ale jednak waga stała w miejscu. 

Karolina mnie wtedy prosiła, żebym nie odpuszczała. I żebym była zadowolona z tego, że nie tyję, pomimo, że przestałam restrykcyjnie się odchudzać. Jakimś tam stałym elementem było śniadanie - jogurt naturalny, muesli i owoce. Około 400 kcal. Codziennie takie samo, codziennie inne, bo inne owoce i inne muesli. 
Ten nawyk został i mam nadzieję, że już będzie na zawsze. 

Waga stała aż do świąt. W święta na moment się wzniosła o jakiś kilogram, po świętach pożegnałam się z facetem i spróbowałam wrócić do dobrych zwyczajów. Nie było łatwo. Zdarzał się na przykład alkohol, pewnie raz w tygodniu, a alko nie tylko jest kaloryczne, ale również osłabia jakieś tam procesy i spowalnia odchudzanie. Zdarzały się obiady w knajpach, regularne spotykanie się z przyjaciółkami i lawirowanie między naleśnikami, hummusem i opowieściami o życiu i beznadziejnych facetach. Zdarzały się też wyjazdy, jak najbardziej towarzyskie, a ja poza domem zazwyczaj nabieram wody, metabolizm mi siada i czuję się opuchnięta jak sto pięćdziesiąt, albo nawet dwieście. 
A jednak nadal trzymałam wagę. Nie przytyłam. Karolina była zachwycona. Ja mniej.




Pamiętam jedną swoją wizytę (a chodzę do niej średnio co kilka tygodni), kiedy się zwyczajnie popłakałam. Za dużo tego było. Za mało sukcesów, za dużo średniości albo porażek. Czułam, że nie jestem w stanie ruszyć i że tkwię na jakiejś grzędzie, w rozmiarze 44 łamanym na 46 i już nigdy nie będę wyglądać normalnie szczupło. Chodziłam na sport 3-4 w tygodniu, w sumie z 6 godzin intensywnego ruszania się i budowałam masę mięśniową, a waga stała w miejscu.

Już nie wiedziałam, jak to ogarnąć. Rzucałam kurwami i wkurzałam się na swoją własną słabą wolę. 
To chyba wtedy kupiłam sobie wagę. Bo nie byłam w stanie znieść tego rozczarowania w czasie wizyty, gdy dowiadywałam się, że przez miesiąc schudłam o 400 gram. 

Tak, moje odchudzanie było jak najbardziej emocjonalne. 

Odżywiam się w miarę regularnie i to pewnie pomogło mi wytrwać, przeczekać ten okres stabilizacji.
- najpierw śniadanie, najpóźniej godzinę po wstaniu.
- ok. 11.00 drugie śniadanie (bieluch z czymś albo jakiś owoc, jakieś 150 kcal), 
- obiad o 13.00, zamawiany do firmy, zazwyczaj zostawiam połowę kaszy czy też ryżu, 
- coś o 16.00, jeśli pamiętam (garść orzechów albo papryka albo kawałek chleba, czasami krówka ;) 
- coś przed treningiem, koło 18.00 (kefir i bułka też są ok)
- i coś po treningu (najlepiej zupa albo sałatka) 
A gdy nie mam treningu, to drugi obiad -  łosoś z warzywami, smażona pierś z kurczaka z pomidorem, quinoa z czymś tam, jakaś zupa w mieście, kanapki z białym serem i jajkami na twardo i kupą warzyw. 
I zazwyczaj dogryzam coś jeszcze przed snem, niezgodnie z zasadami. Dość często jest to coś słodkiego, ale nie mówcie tego Karolinie.
W ramach napojów - woda, kawa, herbata, pokrzywa i cola zero. Najlepiej ok. 2,5 litra dziennie, przy czym kawa się nie liczy. Na treningach dodatkowo. 

Jak widzicie ani to bardzo dietetyczne, ani bardzo restrykcyjne. Ale inaczej nie dałabym radę wytrwać. Część swoich zwyczajów żywieniowych chciałam zachować, inną część musiałam dostosować do trybu życia (ciężko jest przecież przygotować posiłki na cały dzień, gdy wychodzi się z domu o 8 rano, a wraca o 22, i tak kilka dni z rzędu w każdym tygodniu). Moja dieta była szyta na miarę. 

A potem zmieniłam endokrynologa. Dotarłam do tego, który nie uważa, że TSH w wysokości 2,4 jest normalne dla kobiety w moim wieku. Zmienił mi leki, zmienił dawkowanie i od razu odzyskałam siłę i energię. Zaczęłam też suplementować wit. D, której nam wszystkim brakuje, a która również ma wpływ na metabolizm. Podobno.
Odżyłam :)

Praga 2014, fot. Kuba Głębicki


Waga ruszyła. Opuchnięcie zeszło. Ludzie zaczęli mi mówić, że na twarzy schudłam, a ja zmieniłam garderobę o kolejny rozmiar. Zrobiłam porządki w szafie, odłożyłam drugą już partię za dużych ubrań i zdałam sobie sprawę, że nie mam w czym chodzić. Ale to jakby nic nowego w życiu kobiety :) Kupiłam sobie nowe dżinsy i nową bieliznę, bo biust oczywiście też zmalał. Z 80HH na 70G. Nie narzekam ;)  

Jakieś dwa tygodnie temu po raz pierwszy osiągnęłam wagę 85,5 kg, czyli BMI mam w normie. Ważę się zawsze rano, nago, po siku ;) Śmieszne, bo czasami po kilku godzinach waga jest niższa, ale zazwyczaj jednak rośnie o jakieś pół kilo, albo i trzy, kiedy mam trening i piję duże ilości wody.

Gałki 2014, fot. Anna Piwowar

Waga mi skacze w nieprzyjemny sposób, bo zazwyczaj w trakcie tygodnia schodzi mi ładnie o kilkaset gram dziennie, a w weekend wraca kilogram albo i półtora. Jestem trochę jak ślimak na ścianie studni. Trzy metry do góry za dnia i dwa metry w dół w nocy. Ale taki widocznie mój urok, przestałam się tym przejmować (po kilku dramatycznych wieczorach mailowanych z Karoliną, że jak to możliwe, że po kettlach ważę dwa kilo więcej niż przed treningiem). Być może powinnam mniej imprezować w weekendy ;) 

Walczę o każdy kilogram w dół. W tej chwili zeszłam o 18 kg, ale nie powiedziałam ostatniego słowa. Odżywiam się w gruncie rzeczy tak, jak chcę. Piję cydr, jadam lody, nawet ostatnio kupiłam sobie mmsy na podróż. Zmieniło mi się jednak podejście do jedzenia. Bo kiedy piję, to nie zażeram orzeszkamni. Kiedy jem lody, to raczej sorbety domowej roboty. Kiedy kupuję mmsy, to po kilkunastu zdaję sobie sprawę, że jest mi za słodko. I odkładam je na później.
Wydaje mi się, że udało mi się oddzielić jedzenie od nastroju i potrzeb fizycznych. Trzymajcie kciuki, żeby tak rzeczywiście było.  

Jak mam trudniejszy czas, to bardziej dbam o regularne posiłki i jedzenie warzyw, gdyż to dzięki nim i błonnikowi w nich zawartemu, udaje mi się nie być głodną. A głód to najgorsza rzecz w trakcie diety - jeśli pozwolę sobie na przegłodzenie, to jak nic za chwilę przybędzie mi pół kilo, gdyż organizm sobie odłoży wszystko, co zjem, albo i jeszcze więcej.  

No i polubiłam sport. To jest chyba najfajniejszy element tego całego mojego odchudzania. Mam co najmniej dwa treningi tygodniowo po półtorej godziny i wychodzę z nich mokra (od włosów po majtki). Czasami udaje się coś jeszcze, np. ostatnio 12 kilometrowy spacer po Warszawie wieczorową porą, kumpel mnie przegonił. W ciągu roku szkolnego dołożę sobie pewnie jakieś regularne zajęcia. Z przyjaciółką zastanawiamy się nad boksem, co by poprawić technikę uderzeń. A może wrócę na kettle? Musiałam je odstawić po wypadku motocyklowym - za bardzo nadwyrężyłam sobie wówczas szyję.




Cel osiągnęłam. Moja waga jest w normie w zakresie BMI. Wiadomo, ta liczba jest arbitralna i nie uwzględnia ilości mięśni, wszak gdybym tyle się nie ruszała, ważyłabym dużo mniej. A 85 kilo brzmi nadal bardzo średnio i całkiem sporo. Ale warto uwzględnić mój wzrost i budowę. Kiedy w liceum byłam chuda i nie miałam żadnych kształtów, ważyłam jakieś 68 kilo. I nie mam najmniejszej ochoty wracać do tego wyglądu.

Dzisiaj czuję się kobieco i wygodnie we własnym ciele. 
Chrząstawa 2014, fot. Kuba Głębicki
A sukienki na mnie leżą znakomicie :)
Chrząstawa 2014, fot. Kuba Głębicki

Więc idę dalej. 
Jak zazwyczaj. W drodze. 

A Wam, którzy to czytacie i zastanawiacie się, jak się zabrać do diety, życzę przede wszystkim dużo łagodności dla swoich słabości i dobrych doradców. Karolinę polecam z całego serca. Wiadomo, gdybym nie miała silnej woli, to bym nawet kilograma nie schudła, ale to dzięki jej wiedzy i jej cierpliwości, dzięki jej motywowaniu mnie na różne sposoby i zwracaniu uwagi na pozytywy, a nie tylko na to, że waga stoi w miejscu i dzięki temu, że jest tak bardzo pro-sportowa i pro-rozsądkowa, udało nam się razem zadbać o moje zdrowie i nawyki żywieniowe. I to bez jakiejś dramatycznej przemiany wewnętrznej. Karolina umiejętnie się dostosowała do moich potrzeb i możliwości. Gdybym musiała codziennie gotować z wagą kuchenną w ręku, to rzuciłabym tę dietę po miesiącu. 

Chciałabym móc się teraz ogłosić ekspertem od odchudzania i najlepiej jeszcze napisać na ten temat książkę, albo dwie, ale niestety wiem aż za dobrze - jedno to zrzucić, drugie to utrzymać. Pogadajmy za 3 lata, jeśli moje BMI będzie nadal w normie. Mam jednak ogromną nadzieję, że tym razem nie będzie efektu jojo, bo oprócz pracy nad jadłospisem i regularnością posiłków, skupiłam się na tym, żeby zmienić swoje zwyczaje, swój sposób życia, ilość ruchu i podejście do jedzenia in general.

(jak się mnie znajomi pytają, jak to zrobiłam, to zazwyczaj mówię o diecie agrestowej. Że jadłam wszystko.... poza agrestem). 

Tymczasem nadal nie wymyśliłam, co sobie sprawię za dobrze wykonane zadanie. Nagroda musi być. I to porządna :)



18 komentarzy:

  1. Nagroda - KONIECZNIE! :-)

    PS. Nie wiedziałam, że jesteś taka wysoka. Na zdjęciach tego zupełnie nie widać :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję za dobre słowa.
    Nagroda będzie, jak ją wymyślę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyglądasz pięknie. Historia bardzo budująca i cieszę się, że ją napisałaś. Ja właśnie 29 czerwca nieostrożnie zważyłam się u przyjaciółki. Też był płacz i silne postanowienia poprawy. Staram się zmienić nawyki. Nie zależy mi na szybkim efekcie tylko na trwałym.Ale załamują mnie sytuacje kiedy przy kolejnym ważeniu okazuje się, że waga stoi jak zaczarowana.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerze gratuluje, nie należę do grona kobiet- krasnoludków [ 166 cm] ale Ty naprawde nie wygladasz na te 185. Jestem technologiem żywności [zawsze powtarzam, ze tylko kucharz może być gruby, technolog nie, bo nikt nie ma zaufania do szczerbatych dentystów i łysych fryzjerów] i podziwiam p.Karoline, że znalazła "sposób na Ciebie". Waga "wyjsciowa" porażająca, tym wiekszy mój podziw !!

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej Lumpiata! Gratuluję efektów! A szczególnie tego, że polubiłaś ruch :) Ja swoją dietę zaczęłam coś ponad miesiąc temu, z wagi wyjściowej 110 kilo. Teraz mam o 7 mniej :) Od niedawna mam też plan żywieniowy od Karoliny (zbieg imion, to dwie różne dietetyczki, moja jest z Pucka) i mam nadzieję na efekt powrotu do prawidłowego BMI - proszę pisz o swoich doświadczeniach, są mega wspierające! :)

    OdpowiedzUsuń
  6. no gratuluje kochana! wygladasz swietnie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. pieknie! ale jestem ciekawa na jakie leki i dawki przeszlas w temacie tarczycy, bo ja jestem po zmianie leku i chcialam porownac

    OdpowiedzUsuń
  8. Pamiętam te czasy, kiedy byłaś mega chuda i teraz wyglądasz o niebo lepiej, bardzo atrakcyjnie i kobieco :) Trzymam kciuki za dalsze sukcesy!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. Fajnie opisałas to swoje chudnięcie:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajnie tak oczytać o sukcesach w walce ze wstrętnym tłuszczykiem i i nadprogramowymi kilogramami. GRATULACJE !!!! Ja ciągle mobilizuję się do walki z tym ohydztwem :( też mam hashimoto i problem z nadwagą ... delikatnie mówiąc.Do tej pory starałam się sama walczyć ale chyba najwyższy czas wybrać się do jakiegoś konkretnego dietetyka , może coś poradzi. W Twoim przypadku KAROLINA pomogła ..... efekt cudowny.Może i mi się kiedyś uda....

    OdpowiedzUsuń
  11. > makaria - z euthyroxu na novothyral.

    OdpowiedzUsuń
  12. wlasnie, a jaka dawka? czujesz roznice?

    OdpowiedzUsuń
  13. rewelacja! gratuluję serdecznie, i aż się dziś wzięłam od rana. i planuję wytrwać przez kolejne...13 kilogramów. tyle mi brakuje do szczęścia:) (a raczej - taki mam nadmiar nie-szczęścia!).

    OdpowiedzUsuń
  14. a jaaaaaaaaaaaa....gratuluję ! super wyglądasz ! ja po oglądaniu zdjęć ze świąt doszłam do wniosku że gruba jestem i postanowiłam powalczyć , stosuję dietę "mniej żreć " czuję że już zgubiłam opony zimowe ale jeszcze nie jestem gotowa na nowe fotki :D
    jeszcze raz gratuluję !

    OdpowiedzUsuń
  15. Gratuluję! Podziwiam za wytrwałość, bo to główna cecha, która pomaga w odchudzaniu :) A to coś dla tych, którym niue udało się schudnąć, a chcą to zrobić w najbliższych dniach: http://www.jestemfit.pl/artykuly/dieta/dieta-last-minute-czyli-chudnij-szybko-przed-urlopem (nie żadne tabletki, suplementy, tylko po prostu ZASADY których się trzeba trzymać ;))

    OdpowiedzUsuń