poniedziałek, 14 lipca 2014

203. Lepszy rydz

Robienie porządków w niedzielne przedpołudnie to zły pomysł, mówię Wam. Zła karma musiała mi się przez przypadek załączyć. Nie mam pojęcia dlaczego, bo ostatnio staram się być miła i uczciwa, ale może to z powodu tych książek, których nadal nie oddałam do wypożyczalni.

A mianowicie. Porządki robiliśmy. W kuchni. Takie optymalizujące rzeczywistość za małych szafek. Rozmawialiśmy o tym, żeby zakupów póki co nie robić, tylko wykończyć zapasy. I że pojedyncze herbaty sierotki można poprzekładać do jednego pudełka. I że na przyprawy trzeba znaleźć system. Dziecko z tych gotujących, więc go to jak najbardziej interesowało. Durnostojki zamieszkały w kartoniku "do oddania", razem z łyżeczkami skradzionymi z samolotów kilkanaście lat temu, gdy jeszcze bywały prawdziwe, a nie z tworzywa. Zwietrzałe kawy przekazaliśmy do świata wiecznych kaw - wyniosłam je później do śmietnika. A szuflada ze sztućcami została przełożona bliżej zlewu. Głównie dlatego, że od pewnego czasu w tej szafce pachniało niefajnie, pleśnią, grzybem, cholera wie czym. Zaglądałam do niej już nieraz, ale nigdy nie znalazłam przyczyny.
A że to zabudowa, to dostęp niełatwy.

Kiedy jednak już wyjęłam te wszystkie szuflady i po raz kolejny przyjrzałam się tylnej ściance, to coś wzbudziło moje zaniepokojenie. Jakieś wybrzuszenie, kolor, coś nie tak. Pociągnęłam delikatnie za dyktę, z której tylna ścianka jest zrobiona i za chwilę wszystko było jasne, dykta została w ręku, mięciutka i cieplutka - a my mogliśmy się przywitać z naszym nowym lokatorem. A właściwie nie nowym, bo chyba kilkuletnim. Cudnie żółto-czerwonym, w czarne kropki. Z lekkim nalotem niebiesko-szarym, rzecz jasna.

Spanikowałam.
Grzyb.
Czyli jednak.
Zaczęłam dramatycznie zrywać resztę dykty, odkrywając go coraz więcej i więcej. Aż zerwałam całą tylną ściankę i zdałam sobie sprawę, że sama nie zdemontuję piekarnika ani nie odsunę pozostałych szafek od ściany. A on tam był.

Potem już poszło w miarę szybko.
Przerażone telefony do przyjaciół. Sprawdzenie łazienki, bo gdzieś przecież musi być przyczyna. Odsunięcie pralki. Odkrycie, że pod zabudowaną wanną stoi sobie woda, a ściany są wilgotne i chyba miękkie. Telefon do ubezpieczyciela. Zamówienie hydraulika na cito. Stwierdzenie, że to obudowa wanny jest nieszczelna. Wycieczka do Castoramy po silikon, szmaty i spray grzybobójczy.
- A czy może Pan przyjechać nie za późno? - to do hydraulika - bo mecz chciałabym obejrzeć.
Był w sam raz, całkiem młody i sympatyczny. Zasilikonował to, co trzeba, gdy ja robiłam zdjęcia naszego nowego przyjaciela w szafce, a potem sprayowałam go chlorem. I wszystkie okoliczne ściany, do których miałam dostęp.

I już tylko zebranie wody spod wanny (dla wizualizacji - 185 centymetrów Cywińskiej złożonej na czworo we wnęce pralkowej i jej ręka z szmatą wchodząca raz po raz pod wannę przez niewielką kratkę), włączenie wiatraka, co by osuszał okolice i narastające poczucie, że w tym roku będzie krucho z urlopem.
Bardzo krucho.

Mundial wygrali Niemcy, nowy silikon jest szczelny, a mnie coraz sprawniej idzie zgłaszanie szkód ubezpieczeniowych. Przed nami już tylko znalezienie wykonawcy, rozmontowanie kuchni i zerwanie kafelków w łazience, pozbycie się ścian kartonowo-gipsowych, zapewne skuwanie tynków, wysuszenie ścian i ponowny montaż wszystkiego (czy aby mam wystarczająco kafelków w piwnicy???). W takich chwilach bycie singielką nie sprawia frajdy.

- Mamuś, wiesz co, w lodówce też można by trochę uporządkować ... - Młody zawiesił głos - no chyba że nie. Jeszcze byśmy coś znowu odkryli. Albo kogoś.
- Jedno dziennie nam starczy, synuś.

Piosenka okolicznościowa.




Ze strony: http://www.wallgang.com/wallpapers/mushroom-art-psychedelic-lsdex-jpg-1283224-1024x768.html



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz