piątek, 11 lipca 2014

202. Bo jeśli nie teraz

W kwietniu kupiłam motocykl. Za niewielkie pieniądze. Od przyjaciela.
W czerwcu kolarkę. Też niedrogo. I po znajomości.
Od paru dni mam auto. Po totalnej taniości. Od przyjaciół. Jeździłam nią od wielu miesięcy (nią, bo to Toyota, jakby nie patrzeć - kobieta), aż wreszcie postanowiłam sformalizować nasz związek. Staram się nie myśleć o tym, że muszę w nią włożyć drugie, trzecie, a może nawet czwarte tyle - póki co jeszcze mnie kocha, więc nie wyprzedzajmy faktów.

W konsekwencji jestem jednak bardzo pod kreską, a nawet pod dwiema kreskami i nie mam żadnych planów urlopowych. Marzeń wyjazdowych rzecz jasna multum. Na ten przykład Barcelona, ale to koniecznie z facetem. Albo Maroko, bo było mi tam dobrze i mam poczucie, że nie wykorzystałam. Do Gruzji już niekoniecznie, zbyt modne się to zrobiło ;) Natomiast Izrael tak. I Estonia, podobno przepiękna. No i Ameryka Południowa ciągle na mnie czeka. Kiedyś może się uda. Boliwia i Peru w szczególności. Na motocyklu, kto wie.

Mówią, że marzenia należy przemieniać w plany.

Tymczasem przechodziłam wczoraj obok Lorda Wejdera. Parkuję go w bramie, co by na niego deszcz nie padał. (bajdełej zanim nie kupiłam motocykla, nigdy nie zwracałam aż tak uwagi na to, czy będzie deszcz, czy może jednak nie). No więc przeszłam wczoraj, już od paru dni na nim nie siedziałam. Spojrzałam na niego czule, nawet pogłaskałam po pleckach i pomyślałam sobie, że to był jednak cudowny pomysł. Ten zakup. To marzenie. Ten plan, który zrealizowałam. Bo nawet jeśli nie zawsze czuję się pewnie i nadal niemalże podskakuję, gdy jakieś auto pojawia się z prawej strony, to jazda na Wejderze jest dla mnie egzemplifikacją czystego szczęścia. Jest wydarzeniem tak bardzo kinestetycznym i sensualnym, że mogłabym spokojnie porównać je do bliskości fizycznej z drugim człowiekiem. Powiew wiatru, który mnie dotyka, wręcz obejmuje, od stóp do głów, i prędkość, która staje się niemalże tańcem na drodze. Takie drobne chwile szczęścia, którymi chciałabym się dzielić z całym światem.

I choć czuję pretensjonalność tego, co właśnie napisałam, to równocześnie chciałabym kiedyś móc ten swój stan emocjonalnego otwarcia i stopienia się ze światem przelać w słowa, które Was zmotywują do realizacji marzeń.

Bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Kreta 2010, Heraklion


2 komentarze:

  1. Do Estonii też bym chciała. Bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  2. masakra finansowa....
    zatem ewentualnie palcem po mapie

    OdpowiedzUsuń