wtorek, 8 lipca 2014

199. Rekrutacja do liceum - przypadek szczególny

Normalny gimnazjalista w 3 klasie zdaje egzamin gimnazjalny (humanistyczny, matematyczno-przyrodniczy i język obcy) i na podstawie uzyskanego wyniku oraz swoich ocen na świadectwie i ewentualnych dodatkowych osiągnięć (olimpiady, konkursy, wolontariat) dostaje się do wybranego liceum publicznego (bądź nie). W Warszawie system rekrutacji jest dość skomplikowany, należy się zalogować, wybrać konkretny profil w konkretnym liceum, czasami jeszcze wybrać kombinację języków obcych i potem w odpowiednim momencie sprawdzić, do jakiej klasy się dostałeś. Można ustawić bodajże 3 klasy w kolejności preferencji. Np. społeczno-biologiczną w jednym, z angielskim i niemieckim, matematyczno-geograficzną w drugim, z hiszpańskim i niemieckim i jeszcze bezprofilowo w trzecim (są takie licea, są). Potem jest ten gorący okres latania z dokumentami, często robią to rodzice, bo młodzież już na obozach i wreszcie na początku lipca w szkole publikują listy przyszłych klas. Wraz z minimalną punktacją, która była potrzebna, żeby się do tej konkretnej klasy dostać.

W naszym przypadku sytuacja była nieco inna.

"O przyjęciu do oddziału klasy pierwszej ucznia powracającego z zagranicy decyduje Dyrektor Szkoły."  znaleźliśmy w niektórych regulaminach rekrutacyjnych do interesujących Młodego liceów. A w innych nie było nic. Sekretarki albo wiedziały mniej więcej tyle, ile treści w powyższym zdaniu, albo jeszcze mniej. "Niech Pani dzwoni do kuratorium, to oni wydają decyzję" - próbowały mnie odesłać. 

Pogrzebałam trochę w przepisach i znalazłam stanowisko MEN, zgodnie z którym:
"zarówno do klas pierwszych ww. szkół, jak i do klasy programowo  wyższej w szkole podstawowej, gimnazjum oraz szkole ponadgimnazjalnej, przyjmuje  się obywateli polskich – którzy ukończyli szkołę za granicą (klasę, dany etap edukacji  w szkole za granicą) lub szkołę dla dzieci obywateli polskich czasowo przebywających za granicą - na podstawie przedstawionego dyrektorowi szkoły świadectwa 
(zaświadczenia) wydanego przez szkołę za granicą i ostatniego świadectwa szkolnego  wydanego w Polsce, jeżeli uczeń takie posiada. Dyrektor szkoły podejmuje decyzję o przyjęciu danego ucznia do szkoły na podstawie sumy lat nauki szkolnej ucznia." 

Zadzwoniłam do kuratorium, a jakże, poinstruowali, że to rzeczywiście decyzja dyrektorska. W ministerstwie natomiast powiedzieli, że nie ma konkretnych kryteriów przyjęcia.
Z jednej strony cudownie, bo jak nie ma kryteriów, to łatwiej kogoś przekonać.
Z drugiej strony fatalnie, bo jak nie ma kryteriów, to nie ma kryteriów.

Młody miał na oku jedno konkretne liceum. Raczej wysoko w rankingach, acz wcale nie na pierwszym miejscu. Chciał tam, bo i profil wybrał sobie ciekawy i o ludziach wiedział, że sensowni i szkoła sama w sobie zrobiła na nim dobre wrażenie. No i niedaleko domu.  A o liceum mamy oboje zdanie, że najważniejsza jest atmosfera i ludzie, bo to oni zostają na całe życie.
Albo i nie.

W czasie przerwy jesiennej w zeszłym roku wybrał się na rozmowę do pani dyrektor. Tam, i do dwóch liceów z maturą międzynarodową (IB). Ale ta matura międzynarodowa to same problemy ;) Nie dość, że oddzielna rekrutacja z normalnym egzaminem z wiedzy gimnazjalnej, to jeszcze praca na projektach, dużo więcej nauki. Młody zaznał tego w Stanach, gdzie był w szkole międzynarodowej i w klasach pre-IB. Ciekawe, na pewno, ale też bardzo wymagające. A że na studia wybiera się raczej w Polsce albo w Unii Europejskiej, to IB jest mu kompletnie niepotrzebne. Gdyby wybierał się do Stanów, to w niektórych college'ach przyjęliby go od razu na drugi rok. Zysk ekonomiczny, na pewno, ale niewiele ponadto.

Wybrał więc normalną polską maturę i normalne polskie liceum. Klasę ścisłą, liceum już nie takie ścisłe.

Ponieważ jednak "o przyjęciu ucznia powracającego z zagranicy decyduje Dyrektor", trzeba było postąpić rozważnie i nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. Na shortliście pojawiły się jeszcze 3 inne licea. Jedno wyżej w rankingach, bardzo ścisłe, z dość specyficznymi ludźmi; drugie też z górnej stawki, z ciekawym środowiskiem, bardziej humanistyczne i artystyczne, ale po drugiej stronie miasta i - jak wynikało z rozmowy z panią woźną - raczej spokojne niż rozrywkowe. I trzecie, w pierwszej dwudziestce liceów warszawskich, wybrane głównie dlatego, że ja się tam uczyłam i pan dyrektor ciągle ten sam.

Podanie pisaliśmy wspólnie i zdalnie. Młody w Stanach, wspierany merytorycznie przez ojca, ja w Polsce, poprawiająca styl i język. Wyszedł z tego całkiem fajny list motywacyjny, swoją drogą. Nie sądziłam, że tak wcześnie będzie zaczynał. Zgodnie z sugestią jednego z liceów, do podania dołączyliśmy "wszystko": oceny z ostatniej klasy skończonej w Polsce, oceny z 9 i 10 klasy w Stanach, rekomendacje od nauczycieli amerykańskich, w oryginale i kolektywnie tłumaczone na polski, CV zawodowe Młodego i zaświadczenia o wolontariacie. Pełna teczka dokumentów. Najfajniejsze były te rekomendacje, bo nauczyciele skupili się nie na jego osiągnięciach naukowych (te wszak są zobrazowane ocenami), ale na opisie jego osobowości i tego, co może wnieść do szkoły. Pan od chemii podkreślał, że Młody wytrwale grał w orkiestrze szkolnej i to, że jest "entuzjastą nowych technologii". Pan od angielskiego, że nie boi się wyrażać własnych opinii i jest aktywny społecznie. Fajnie by było, gdyby nasi rodzimi nauczyciele potrafili tak pisać o swoich uczniach. Tymczasem czytanie tych opinii było miodem na moje stęsknione matczyne serce.

A potem zaczęłam chodzić na rozmowy kwalifikacyjne :)

W najważniejszym liceum pani dyrektor pamiętała tego młodego człowieka, który zadawał ponoć całkiem poważne pytania. Musiałam tylko wyjaśnić, dlaczego on nie chce robić liceum z IB. W trzech kolejnych go nie znali. Dostosowałam się do oczekiwań. W liceum bardziej ścisłym podkreślałam jego zdolności informatyczne, w tym bardziej humanistycznym - jego zainteresowania muzyczne. A w swoim własnym pożartowałam sobie z dyrektorem i przypomniałam mu, jak nas straszył, gdy wchodził do sali i z nagła i niespodziewanie pytał biednego pierwszoklasistę: "Skąd Litwini wracali?". A my nie mieliśmy pojęcia, jak brzmi prawidłowa odpowiedź. Do czasu, rzecz jasna.

Nie spodziewałam się, że będę się tym tak stresować :)
Decyzje zaczęły napływać szybko. Najpierw liceum ścisłe. Że bardzo chętnie zarezerwują mu miejsce w systemie, ale w trochę innym profilu. "Jaki jest jego numer PESEL, chcemy go wpisać od razu". Poprosiłam o czas do namysłu, bo to wszak nie było liceum pierwszego wyboru mojego syna. A równocześnie nie chciałam ich urazić, zwłaszcza, że to naprawdę dobra szkoła. Za chwilę zadzwoniło liceum humanistyczno-artystyczne, że jak najbardziej, Młody pasuje do ich szkoły. Zapraszają. Jaki jest PESEL. Poprosiłam o chwilę do namysłu. Nie chciałam urazić. Wiadomo. Decyzja Dyrektora Szkoły.

Do tego mojego nawet się nawet nie odezwałam, bo spodziewałam się decyzji pozytywnej, a ciągle nie było informacji z tego wybranego, jedynego, najważniejszego. Tam dzwoniłam co parę dni, pani sekretarka w końcu nalepiła sobie post-ita na ekranie z nazwiskiem Młodego i numerem do mnie. "Przecież wiem, że się Pani denerwuje i świetnie Panią rozumiem. Zadzwonię jak tylko". Ale właśnie w tym liceum chętnych z zagranicy było więcej. A decyzję miała podjąć komisja rekrutacyjna. Demokratycznie.
Czekałam.

Więc rozumiecie, że kiedy pani dyrektor zadzwoniła któregoś popołudnia, że ma dobrą wiadomość i że serdecznie zapraszają Młodego do klasy o tym wybranym profilu, to prawię się popłakałam z radości. Zdałam!!! Dostałam się!!!
Yyyy.
Znaczy się .... Młody się dostał!
:)))


(a kiedy pomyślę, że mam licealistę w domu, to mi się słabo robi. Na szczęście za naszych czasów nie było ani internetu, ani facebooka, więc on nie ma pojęcia, co ja wtedy wyprawiałam. I niech już tak zostanie, ok?)


3 komentarze:

  1. Przezylam z Najstarsza. Wystarczylo podanie do p. dyrektor. I sprawdzenie poziomu francuskiego, podczas ktorego Najstarsza wykryla dwa bledy gramatyczne. Popelnione przez nauczycielke.

    A potem bylo coraz gorzej. Gnojenie przez nauczycieli i oszustwa (sciagnie) uczniow.
    Dociagnela do matury a potem spie...a z Polski.
    Jestem ciekawa wrazen Twojego syna.

    Straszysz mnie matura miedzynarodowa. Za miesiac Srednia leci do Singapuru by na ostatnie dwa lata liceum zamienic smieszny frankofonski system wlasnie na IB. Jestesmy pelni nadziei.

    OdpowiedzUsuń
  2. jakby Ci to powiedziec. Jestem BARDZO W TEMACIE LICEÓW ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. > Aniaha - mój syn większość edukacji miał w Polsce, zakładam, że jest przyzwyczajony ;) A co do międzynarodowej, to jest sensowne i warto poznać ten system pracy i nauki, ale mając inne możliwości warto też przeanalizować, co się bardziej przyda.

    > spt - i jakie wrażenia? ;)

    OdpowiedzUsuń