środa, 2 lipca 2014

198. Biegunka myślowa

To nawet nie jest tak, że jestem zajęta i nie mam czasu pisać.
Po prostu gdzieś tam sobie żyję pomiędzy światem wirtualnym, a realnym. Przenikam z jednej rzeczywistości w drugą, a pisanie notek na blogu wymaga skupienia się na jednej czynności i jakoś mi się nie chce.

Dziecko przyjechało, a jakże. Przyzwyczajamy się do siebie. Jest już prawie mojego wzrostu, głos ma całkiem niski i coraz lepiej gotuje. Fajnie się z nim gada, bo stał się wymagającym rozmówcą. Uroczo nastoletnio czarno-białym w poglądach. Aktualnie wybył na spływ kajakowy w Zachodniopomorskiem, więc ja się znowu szwendam po mieście.

Uwielbiam Warszawę i tak bardzo się cieszę z tego, jak się zmienia. Zagłosowałam oczywiście w Budżecie Partycypacyjnym, głównie na lokalne inwestycje drogowe (uspokojenie Kazimierzowskiej i stworzenie kontrapasów rowerowych na Mokotowie). Mam nadzieję, że moje projekty zrealizują. Dziecko natomiast zagłosowało w Śródmieściu, żeby móc wesprzeć projekt ze swojego nowego liceum. Pomysł, żeby dzieci też miały prawo głosu, uważam zresztą za znakomity.

Szwendam się zatem, jeżdżę na swojej nowo nabytej kolarce (stara dobra Koga Myiata na Shimano 105), czasami na motocyklu (idzie mi coraz lepiej od kiedy tydzień temu pojeździłam przez dwie-trzy godziny na placyku manewrowym pod czujnym okiem specjalisty), a czasami przemieszczam się własnonożnie. Zapisałam się na bieg Powstania Warszawskiego, 10 km, więc te własne nogi będą teraz coraz częstsze. Mundialu nie oglądam, bo szkoda mi czasu. A co jakiś czas można mnie spotkać w parku na Filtrach, gdzie grywamy w bule. Niby sport dla starszych panów z okolic Marsylii, a ile emocji wzbudza i cudownej rywalizacji :) "Żądam remisu!" to póki co sportowy tekst sezonu. Autorstwa mojego brata.

Z rzeczy wartych zanotowania to zmieniłam lek na niedoczynność tarczycy. Zamiast Euthyroxu biorę teraz Novothyral i po dwóch tygodniach średnio przyjemnych (jakiś taki wewnętrzny niepokój i lekka trzęsiawka) osiągnęłam fajny poziom dobrej energii. Budzę się wcześniej, mam wrażenie, że nareszcie chudnę w nieco bardziej przewidywalny sposób i skórę mam lepszą. Zmieniłam też endokrynologa i bardzo się z tej zmiany cieszę. Chociaż poprzednia pani była całkiem rzeczowa i konkretna, to nie widziała sensu w obniżaniu mojego TSH i moje zapewnienia, że dla mnie każda dziesiąta za przecinkiem jest jak nowy oddech, nie przekonywały jej. Czuję się znowu jak na samym początku walki z tarczycą, gdy zaczęłam łykać hormon i z dnia na dzień dostałam takiego kopa energetycznego, że wydawało mi się, że mogę wszystko. No więc mogę :)

I piszę.
A w zasadzie nagrywam.
Już sama nie wiem, co powinnam najpierw.
Czy książkę dwuautorską, którą stopniowo nagrywamy i spisujemy, czy książkę moją własną, która ma już drabinkę i strukturę, ale ciągle brakuje czasu na napisanie. Jak wiadomo, każdy by chciał coś napisać, a nie każdy powinien, dlatego póki co nie zabieram się za beletrystykę. Do tego trzeba więcej warsztatu. Dużo więcej warsztatu. Ja to mogę tylko tak sobie pitolić i wymądrzać.

To mi czasem wychodzi.






1 komentarz:

  1. Od bloga do beletrystyki, krótka droga. Pisz częściej, proszę...

    OdpowiedzUsuń