wtorek, 3 czerwca 2014

197. Powrót syna :)

I tak oto niepostrzeżenie minęły dwa lata.

No nie dokładnie dwa, bo wyjeżdżał we wrześniu, a wraca w czerwcu, ale jeśli jednostką będzie rok szkolny, to jak najbardziej. W piątek ma ostatni egzamin w Houston (tam mają egzaminy co roku z każdego przedmiotu), w sobotę wsiada w samolot, w niedziele ląduje. W Warszawie.

Wraca, znaczy się.

Już na stałe. Do liceum pójdzie tutaj po wakacjach (i powinnam napisać o tym oddzielnie, bo załatwianie liceum "uczniowi powracającemu z zagranicy" jest dość ciekawą, a nawet śmieszną momentami procedurą).

Dwa lata go nie było.
Wyjeżdżał jako świeżo upieczony 14-latek, wraca jako niespełna 16-latek. Ogrom czasu, ogrom zmian, totalnie inny człowiek, którego będę miała szczęście poznawać na nowo.
Przez ten czas widzieliśmy się przez jakieś 11 tygodni. Na 89 możliwych. (tak, lubię liczby, jeszcze nie zauważyliście?). Od kilkudziesięciu dni oboje mamy odpowiedni widget na telefonach, który nam mówi, ile jeszcze dni zostało do powrotu.

Już niewiele na szczęście :)

Jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek podsumowania, ale już dzisiaj oboje wiemy, że to było znakomite doświadczenie.

Oboje się rozwijaliśmy - on językowo, kulturowo, życiowo i samodzielnościowo (samotnicze latanie przez ocean z 3-godzinną przerwą we Frankfurcie w środku swojej biologicznej nocy jest doświadczeniem trudnym dla dorosłego, a co dopiero dla nastolatka), mój rozwój natomiast skupił się na ciele, sporcie, emocjach, związkach i innych przemyśleniach. Przez dwa lata była mamą zdalną i miałam wystarczająco czasu, żeby nareszcie nauczyć się dbać o siebie.
Nauczyłam się :)

Było też czasami trudno. Smutno. Tęskno. Samotniczo. Bez sensu. I bardzo bezsilnie, gdy na przykład w środku nocy czasu polskiego młody człowiek dzwonił, że nie może się dogadać z ojcem i jest mu bardzo źle, a ja nie mogłam nic zrobić poza wysłuchaniem i wspieraniem.
- Chciałbym uciec z domu, Mamo, ale nie mogę. Bo nie mam butów u siebie. Musiałbym przejść obok ich pokoju - rzekł wtedy głosem, który wzruszyłby każdego, nie tylko matkę. 
- No to może pójdź boso? - próbowałam mu pomóc na miarę drugiej nad ranem i swojego wyrwania ze snu.
- Nie będę chodził boso po amerykańskiej ulicy! - odparł zdecydowanie
- A innych butów nie masz? - to znowu ja.
- Nie mam.. - smutek w głosie coraz głębszy.
- No to może przejdź obok, weź buty i zwyczajnie wyjdź na zewnątrz? - a w głowie świdrująca świadomość że dawanie rad nie jest najlepszą metodą wspierania. 
- Nie, nie mogę. Nie chcę!
- To może jednak nie uciekaj z domu, prześpij się, poczekaj do jutra? A jutro się zastanowimy, co dalej.
- Ok. - odparł zrezygnowanym głosem.
Nie uciekł.
Rano, wiadomo, sprawa się wyjaśniła i uspokoiła. Konflikty z ojcem są wszak immanentnym elementem każdego dojrzewania, niezależnie od tego, po której stronie oceanu się mieszka.

A ja nauczyłam się wyciszać telefon na noc :)

No więc wraca.
Nie mogę się doczekać.
Sprzatam, planuję, monitoruję zdalnie ostatnie przygotowania do przeprowadzki i zastanawiam się, czy najpierw zażyczy sobie kebaba czy jednak dobrych polskich borówek.
Jeszcze jakieś 110 godzin.

Zreaktywuję GeeksMAMĘ. Obiecuję :) 




3 komentarze:

  1. jakim cudem minęły dwa lata, skoro wyjeżdżał wczoraj?!

    OdpowiedzUsuń
  2. Synek juz na pewno w Polsce, prosimy o pierwsze wrazenia po powrocie. A Babcia Małgosia tez milczy...

    OdpowiedzUsuń
  3. napisz co ze szkołą po dwóch latach, bardzom ciekawa

    OdpowiedzUsuń