niedziela, 1 czerwca 2014

196. Ciemna Strona motocykla, czyli o lęku

Chyba jednak sama sobie z tym nie poradzę.
A mianowicie boję się.
Od wypadku boję się jeździć na Lordzie Wejderze.

Jest na mnie za duży, moje umiejętności są za słabe i jeszcze ten cholerny lęk, że znowu coś mi wyjedzie z prawej strony albo jakiś debil zmieni pas nie patrząc w lusterka.

Wiedziałam, świetnie wiedziałam, że litrowa maszyna jest na mnie za silna jak na pierwsze moto, ale wiedziałam też, że ten akurat model wiele wybacza i poza wszystkim dostałam go za pół darmo od przyjaciela, więc byłabym kretynką, gdybym go nie kupiła. On doświadczony motocyklista, jeździł służbowo przez wiele lat i zapewniał mnie, że dam sobie radę. A ja dodatkowo wmawiałam sobie, że skoro jestem tak wysoka, to powinnam mieć dużą maszynę, co by nie siedzieć skulona na mniejszej. Więc teoretycznie daję sobie radę. I nie stwarzam niebezpiecznych sytuacji.

Nie wiedziałam natomiast, że tak szybko przyjdzie mi się skonfrontować z twardą rzeczywistością i że od tego momentu przy niemal każdej jeździe mój poziom stresu zacznie odzywać się czerwoną kontrolką. Więc zmuszam się do jeżdżenia, co by wreszcie pokonać ten lęk i poczuć się pewniej, ale nawet w takim dniu jak dzisiaj, teoretycznie perfekcyjnym na latanie, wróciłam do domu prosto z miasta, zamiast pojechać gdzieś w siną dal i poczuć wiatr we włosach. Wkurza mnie to. Nawet nie wiecie jak bardzo.

Wejder waży 270 kilo. Wystarczy, że trochę się przechyli w dowolną stronę w trakcie manewrowania na niskiej prędkości, a ja już ledwo jestem w stanie utrzymać go w pionie. Nie bez znaczenia zapewne jest to, że teraz ma lekko przekrzywioną kierownicę, o czym się dowiedziałam dopiero wczoraj w warsztacie. Pojechałam tam, żeby dokonać wyceny szkody niejako w odpowiedzi na wycenę - dość skromną - ubezpieczyciela. Ja tego skrzywienia nie czułam, ale przecież jeździłam Wejderem raptem przez 5 dni przed wypadkiem.

I trochę mniej mnie teraz dziwi, że na estakadach czuję się mało bezpiecznie. Bo póki jadę szybko i działa efekt żyroskopowy, to motocykl po prostu jedzie przed siebie. Ale gdy wjeżdżam na przykład na Trasę Łazienkowską w górę i jadę powoli, bo korek albo zwyczajnie nie czuję się wystarczająco bezpiecznie, żeby nadmiernie pochylić się w stronę jezdni (bo na motocyklu wszak tak się skręca), to efekt żyroskopowy jest nieco zaburzony i brak prostej kierownicy nie pomaga. Wręcz przeciwnie. A mnie się ciągle wydawało, że to nasze drogi są źle wyprofilowane. No kurde to nie drogi, a Wejder nie trzyma się prosto. Z takim handicapem daleko nie zajadę. 

No więc boję się jeździć i mam radarek na wszystkie wiadomości o wypadkach z udziałem motocykli. Co chwila się takie zdarzają, niestety, więc efekt ekspozycji mi nie pomaga. Odczuwam też na własnym karku, że warszawscy kierowcy nadal nie są przyzwyczajeni do motocykli, których liczba rośnie z tygodnia na tydzień. Zajeżdżają nam drogę, nie uwzględniają nas, gdy włączają się do ruchu i zwyczajnie nie pamiętają o tym, że może być coś mało widocznego, a szybkiego. Oczywiście motocykliści nie są bez winy, bo jeżdżą szybko, nieraz za szybko, ale kurde, sama widzę, że nawet jak poruszam się z przepisową prędkością (a motocyklem jeżdżę wolniej niż samochodem!), to jestem praktycznie niewidoczna. A jeśli przypadkiem mnie zauważą, to i tak niektórzy próbują  wciskać się na chama. Po warszawsku. Chyba nie zdają sobie sprawy, że gdy samochodem zahamujesz awaryjnie, to po prostu się zatrzymasz, co najwyżej wylejesz kawę, którą kupiłeś na stacji benzynowej. A gdy zrobisz to na motocyklu i gdy dodatkowo jesteś mało doświadczoną motocyklistką, to takie awaryjne hamowanie niekoniecznie skończy się dla Ciebie dobrze. Bo musisz utrzymać 270 kg.

Więc uczę się. I boję się.
I zastanawiam się, co mogę z tym zrobić.
Czy przeczekać i jeździć, wierząc, że to minie? Czy umówić się na jakieś jazdy doszkalające? A może poprosić kogoś doświadczonego, żeby ze mną trochę pojeździł? Nie wiem. Ale póki co przyjemność jest niewielka, a poziom kortyzolu prawdopodobnie coraz wyższy.

Chciała baba rozrywki, to se kupiła motocykl. 


2 komentarze:

  1. Marysiu, wszak masz coś lepszego do dania światu, niż swoje /niewątpliwie zdrowe i ładne/ narządy? Rzuć lorda Wejdera.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej! Nic na siłę. Może po prostu potrzebujesz chwilowej przerwy od jeżdżenia, co nie znaczy, że masz sprzedawać motocykl albo przestać już w ogóle jeździć. Nie martw się na zapas i odpocznij sobie trochę po prostu :) Jestem pewna, że każdy ma większe i mniejsze kryzysy w swoim hobby. A najgorzej to wyjeżdżać na drogę, jak się jest niepewnym siebie.

    Pozdrawiam i witam jednocześnie jako nowa czytelniczka bloga :)

    OdpowiedzUsuń