wtorek, 13 maja 2014

194. Motocyklowy łańcuch dobrej woli

Jechałam Ci ja więc tym motocyklem ulicą Paryską. Kierowca auta mnie nie chciał zobaczyć, włączał się do ruchu, ale spojrzał tylko w prawo i zaraz pod koła zaczął mi startować. Przyhamowałam, a jakże, ale on - nadal nie patrząc w moją stronę - ściął zakręt i skręcając w lewo zahaczył o moje przednie nadjeżdżające koło.

Motocykl położył się na prawy bok, ja jakoś zeskoczyłam, sama nie bardzo pamiętam, jak to dokładnie było. I natychmiast zatrzymały się trzy inne samochody. Panowie wysiedli, jeden na pewno w garniturze i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, mój motocykl już z powrotem stał, panowie podnieśli, wyłączyłam więc silnik i pozwoliłam im ustawić maszynę na poboczu. Trzech ich było, dwóch zaraz pojechało, zatrzymali się bowiem na środku jezdni, nawet nie wiem, czy zdążyłam im podziękować. Tymczasem kierowca-sprawca się objawił koło mnie (musiał zaparkować swoje auto trochę dalej), jeden z panów podnoszących został.

- To ja będę świadkiem - powiedział. - Macie Państwo druk oświadczenia? Jak nie, to ja dam, zawsze wożę w aucie. 

Nie będę udawać, byłam mało przytomna. Miałam taki skok adrenaliny, że pewnie coś debilnie napierdalałam, co by ukryć zdenerwowanie. Ale teraz, jak sobie pomyślę, ile zawdzięczam temu panu świadkowi, to tym bardziej jestem w szoku, że mu się chciało z nami stać, wypełniać i potem jeszcze podawać swoje dane, gdyby ktoś go chciał wykorzystać. Byłam i jestem mu niezmiernie wdzięczna.

Poszło szybko i sprawnie, obaj panowie zaczęli się zbierać, ja motocykl uruchomiłam i zamierzałam jak najbardziej przemieścić się na swoje zajęcia popołudniowe. Stłuczka była, spoko loko, nic się nie stało - myślałam. Adrenalina to wredna dziwka, mówię Wam :) Niestety (a może stety) motocykl zgasł, zanim zdążyłam odjechać, i już więcej nie chciał się uruchomić. Bo z motocyklami, proszę Państwa, to jest tak, że należy je włączać, gdy są na luzie (pali się kontrolka N), potem należy podnieść nóżkę (która ma czujnik wyłączania silnika) i dopiero włączyć pierwszy bieg, żeby ruszyć. Nie podniosłam nóżki, automatycznie więc zgasł, a że prawdopodobnie elektrolit się wylał, gdy moto leżało, to na tym się skończyła zabawa.

Zadzwoniłam do kumpla. Takiego zaprzyjaźnionego motocyklisty, co to się martwi tym, że ja jeżdżę. W sumie to mu się nie dziwię, bo nie sprawiam wrażenia osoby, która jest pewna siebie na motocyklu, a on mnie widział w akcji, gdy naprawdę niewiele potrafiłam. Wsiadłam wtedy na motocykl kolegi, kilka dobrych miesięcy po zrobieniu prawka, pierwszy raz w życiu samodzielnie i przez kilka minut dziwiłam się, że nie mogę wbić pierwszego biegu, bo ... naciskałam hamulec nożny zamiast pedału od biegów. Co, co wiedzą, to teraz się śmieją, wiem. Koledzy nagrali to na telefon, więc nawet nie mam za bardzo, jak się z tego wyłgać.

No ale. Wróćmy do kwietniowego popołudnia na Saskiej Kępie.
Dzwoniłam się poradzić, jak uruchomić to swoje bydlę, kumpel bardzo chciał mi pomóc, ale akurat nie mógł podjechać. Powiedział jednak stanowczo, że mam się nigdzie nie ruszać. Kazał jeszcze chwilę postać i odtajać - bo słychać, że jestem jeszcze bardzo zdenerwowana. Zadzwonił zaraz do swojego przyjaciela, który mieszka niedaleko, też motocyklisty, rzecz jasna, a tamten zwyczajnie wsiadł na rower i przyjechał mnie ratować. Z psem na smyczy.

Równocześnie spytałam na grupie motocyklistów warszawskich, czy ktoś wie, w jaki sposób uruchomić Wejdera. Zaczynałam się martwić. Opisałam objawy, odpowiedziałam na kilka pytań, panowie dopytali się, gdzie dokładnie stoję i za chwilę jeden z nich wziął kable i wsiadł w auto, żeby sprawdzić, czy z kabli motocykl ruszy. Nie znam człowieka, zwyczajny motocyklista z Warszawy, być może ktoś, kto wieczorami lata zbyt głośną maszyną pod Waszymi oknami. Przyjechał za moment, a na grupie ustalili, że jak jemu się nie uda, to kolejny spróbuje.

Jeszcze póki stałam tam sama, zadzwoniłam do poprzedniego właściciela i on mi zdalnie i za roamingowe pieniądze powiedział, co po kolei należy sprawdzić (czy na przykład aby nie przełączył się guziczek, którym awaryjnie wyłącza się zasilanie). Jakbym była blondynką, ale właśnie tego wówczas potrzebowałam. Wróć. Jestem blondynką.

Panowie więc przyjechali, podumali, podłączyli, motocykl ruszył z kabli. A ja - nadal w emocjach i ferworze walki - zamierzałam zaraz pojechać dalej. Popatrzyli na mnie jak na debilkę i spytali, do którego szpitala zamierzam się udać, żeby mnie przebadano. Ale jakże? po co? przecież nic mnie nie boli. I wtedy właśnie poczułam szyję. Godzina pewnie już minęła od kolizji. Adrenalina zaczęła spadać. Zimno mi się nawet zrobiło. Ustąpiłam. Mieli rację.

Motocykl został więc odstawiony pod dom tego przyjaciela. Kolega z kablami pojechał do siebie, a ja zostałam zawieziona na SOR na Szaserów z prikazem, co by dać znać, co się będzie działo dalej.  Odsiedziałam swoje, czułam się coraz gorzej, tomografię mi zrobili, jakieś leki uspokajające nawet dali, bo w ktorymś momencie się zwyczajnie poryczałam. Dałam znać znajomym na fejsie, że taka sytuacja. Dostałam ogromne wsparcie, które mi pozwoliło jakoś przetrwać te godziny siedzenia w poczekalni szpitalnej. Wreszcie wyniki z tomografii przyszły, ortopeda zrobił tymczasowy kołnierz, obandażował, opowiedział, co tam mi się wydarzyło było, i mnie wypuścili. W międzyczasie podjechała przyjaciółka z kawałkiem tarty ("no przecież wiedziałam, że będziesz głodna"), zawiozła mnie autem do domu. A motocykl wrócił tymże przyjacielem z Saskiej Kępy, grzecznie za nami.

Tyle kolejnych osób mi pomogło.
Tyle ludzi dobrej woli, znanych i nieznanych. Nawet ten gość, który we mnie wjechał, był całkiem sympatyczny (może nieco tylko przestraszony). Łańcuszek dobroci.
Kiedy kładłam się spać już grubo po północy, pomyślałam, że naprawdę mam dużo szczęścia w życiu.
Wszystkim Wam dziękuję!
I do następnego, rzecz jasna ;)



1 komentarz:

  1. Jestem prawie rówiesnica Twojej Mamusi, więc powiem krótko: Boża Ooatrzność nad Tobą czuwa. a anioł stróż[ mój także, dobrze o tym wiem] gdy lezysz w nocy w łóżku, wzdycha: dobrze, że ta baba wreszcie leży...

    OdpowiedzUsuń