piątek, 21 marca 2014

189. Kettlebells, krav maga i ja

To był długi tydzień.
Pierwszy z wielu podobnych (przynajmniej taką mam nadzieję).

W poniedziałek i wtorek krav maga. W poniedziałek półtorej godziny, we wtorek godzina fightu (z rękawicami bokserskimi i wszelkimi szykanami, siniaki na udach nadal bolą), a po niej półtorej godziny z grupą początkującą. W tym tygodniu zamiast zostać na drugim treningu porobiłam trochę brzuszków z koleżanką i kolegą, i poleciałam do domu.
Głodna jak cholera ;)

W środę poszłam po raz pierwszy na kettlebell.
Godzinny trening z ciężarkami w kształcie czajników. Gotować nie lubię, to przynajmniej se pomacham czajnikiem, prawda?

Ćwiczyłam na najlżejszych, 8-kilowych i próbowałam na 12-tkach. Na tych drugich potrzebowałam pomocy, szczególnie przy wstawaniu (pozycja ciała jak do oświadczyn, jedna ręka wyprostowana nad głową, trzymająca kettle, i wstajesz. Albo próbujesz wstać. Albo Ci to wcale nie wychodzi, więc trener litościwie podtrzymuje kettle i zdejmuje część ciężaru).

 
Zasadniczo nic jeszcze nie wiem i niewiele potrafię, ale już mi się podoba. Trening jest precyzyjny, bo techniczny, a równocześnie męczący i potliwy, bo te czajniki robią swoje. Trochę lamersko się czuję trenując na tak lekkich, kiedy panowie machają kettlami 24-kilowymi, ale wiadomo, od czegoś trzeba zacząć. Podobno efekty są dość szybkie.

Czwartkowe popołudnie poświęciłam na rozwój emocjonalny i psychologiczny (tak, tak, trzeba dbać o różne swoje sfery), więc dzisiaj podreptałam na drugi trening z czajnikami. Trochę mi się nie chciało rano pakować torby, bo uda mnie bolały po środowym wysiłku, ale się jakoś zmobilizowałam. I bardzo dobrze, bo nauczyłam się nowej figury, pomachałam 8-kilowym, zobaczyłam, że to wstawanie, które w środę było praktycznie niemożliwe, dzisiaj mi wyszło przy lżejszych kettlach bez większych problemów. Aż dziw, że tak od razu jest łatwiej.

No i tak to.
Tydzień mam załadowany. Od poniedziałku do piątku codziennie po robolu idę pracować nad sobą. Kierunek Bielany, Wola i Śródmieście, a kettle na Ursynowie. Na szczęście bliskim.
Kolega z kettli spojrzał na moje wysłużone ochraniacze na kolana, rozpoznał, że one do siatkówki i zaproponował, żebym podeszła na agrykolę z nimi pograć.
Podobno bywają codziennie, głównie jednak w weekendy.
- Ale ja strasznie dawno nie grałam w siatkówkę - mówię.
- Ochraniacze masz, więc na pewno dasz radę - ocenił bez wahania.

A ja się zastanawiam, co robiłam z wolnym czasem, gdy nie ćwiczyłam, oraz jak to jest możliwe, że nadal przepierdalam co tydzień kilka godzin w łóżku, robiąc dosłowne i dobitne NIC. Jednoznacznie sprawdza mi się zasada, że im bardziej organizuję sobie czas, tym więcej go mam.

Dobrego weekendu, kochani.
U mnie zapowiada się towarzysko, a u Was?

----------
Na deser filmik z treningu krav maga dla młodzieży.
Nasze są odrobinę łatwiejsze ;)

1 komentarz: