czwartek, 20 lutego 2014

20 lutego 1978

Trzecie dziecko nie było planowane.

Wyszło trochę przypadkiem, chyba podwójne jajeczkowanie, dużo stresu, bo mąż działał w podziemiu i akurat wtedy w maju brał udział w głodówce. Żona się widocznie na tyle zdenerwowała, że coś musiało się rozregulować. Poszła rodzić w któryś lutowy poniedziałek, właściwie w terminie i nie zajęło jej to zbyt wiele czasu. Przy trzecim dziecku to już niemalże rutyna. Starsze zostały z mężem. To nie były czasy, gdy kogokolwiek wpuszczano na oddział położniczy, więc on grzecznie zadzwonił wieczorem, a właściwie już nocą, co by dowiedzieć się, czy już po wszystkim. Synowi mieli dać na imię Jan.
- Z córką wszystko w porządku - powiedziała pielęgniarka.
- A z żoną? - zapytał uprzejmie.
- A z żoną to niech się dowiaduje - i odłożyła słuchawkę.

Żona bowiem dostała krwotoku i straciła przytomność. A konkretnie to była w śmierci klinicznej. Ktoś nie dopatrzył, leżała może z boku, może na korytarzu, nie zainteresowali się. A jej się śniło. Że idzie schodami do góry i że widzi swoją teściową, w jej ulubionej podomce. Że stoją tam jeszcze inni znajomi, którzy już przeszli na drugą stronę. I wołają do niej: "Chodź do nas, kochana, tutaj będzie Ci przyjemnie i spokojnie. Zapraszamy!". Więc dalej wdrapywała się po schodach. Ale w którymś momencie odwróciła się, spojrzała w dół i zobaczyła przy łóżku szpitalnym swojego męża i dwoje starszych dzieci. Stali smutni i samotni. U góry teściowa nadal wołała, a na dole milcząca rodzina przy łóżku. Nie była pewna, co zrobić. Postanowiła jednak zejść do nich.

I wróciła do świata żywych. 

Córce dali na imię Maria Dobrochna.
Chrzest udało się zorganizować dopiero niecały rok później, bo mała ciągle chorowała. Zaprosili więc chrzestnych do domu i ojca dominikanina. Ale to już zupełnie inna historia.

Dziękuję, Mamo! 



12 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. najpiekniejszego tego co moze dac zycie. pat

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystkiego Najlepszego dla Ciebie i Twojej Mamy :-).

    OdpowiedzUsuń
  4. eee, o 20:45, to ja się pośpieszyłam z tymi życzeniami!

    OdpowiedzUsuń
  5. Spłakałam się. Tzn niemal, bo w pracy mi nie wypada. Wzruszające.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak to mniej więcej było - kilka tylko elemencików doprecyzuję: reszta dzieci wraz ze swoim tatusiem stali nie przy łóżku szpitalnym a przy łóżeczku dziecinnym z Nowonarodzoną, które to łóżeczko stało na ulicy Nowy Świat. Nachylali się nad Tobą, uśmiechali, a ja jako punkcik bezwymiarowy byłam powyżej nich, ale nikt mnie nie widział i się w ogóle nie martwił, ze mnie nie ma.
    Jak przybliżałam sie na początku do tych wszystkich już poumieranych, to byłam właśnie takim punkcikiem miotanym po jakichś szerokich schodach, w rytm upiornej muzyki, która im wyżej, tym była rytmiczniejsza.
    A Twoja Babcia była w morelkowym szlafroku, wszyscy tam obecni w takim niesłychanym świetle, byli radośni i w wieku, w jakim umarli.
    Kilka lat później przeczytałam o takich przeróżnych doświadczeniach w książce Moody - "Życie po życiu"..
    Popatrz, to jeszcze nie był mój czas, trzeba mi było wrócić, jak piszesz, do żywych i tu jeszcze porobić różności, np. urodzić Ci jeszcze jednego brata...
    Żyj długo Dziecko Dorosłe, sensownie, wielowymiarowo i ze smakiem...

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo Wam dziękuję za życzenia!
    A Mamuś, Tobie, za dopowiedzenie szczegółów :)

    OdpowiedzUsuń