wtorek, 18 lutego 2014

182. Lepiej być kotem niż myszą

Nad ranem obudził mnie pisk małej myszki. Małej nieszczęśliwej myszki.
Kot Hara miał niewątpliwie używanie.

Wpierw poruszona cudzą tragedią i umieraniem, chciałam wyskakiwać z łózka i ratować to zwierzątko spod pazurów wrednego drapieżnika, a potem uzmysłowiłam sobie, że przecież będzie jak zazwyczaj.

Czyli ja biegnę ratować, myszka ucieka, nie jestem w stanie jej złapać, kota nie ma sensu wstrzymywać, bo bez niego jej nie dorwę, a przecież zostawiać w mieszkaniu jej nie chcę, więc puszczam kota, kot łapie myszkę, ja chwytam kota z myszką w zębach, tłumaczę mu, że ma się nią nie bawić, bo myszka to nie zabawka, wyrzucam ich razem przez okno licząc, że nie wrócą, a oni wracają za moment, tyle że myszka jest już w gorszym stanie.

A rano zamiast jajecznicy jest truchełko na dywanie. Albo przy łóżku, jeśli jego zdaniem sprawdziłam się jako matka i należy wrazić wdzięczność. 

No więc nie wstałam, nie pobiegłam, nie uratowałam. Po jakimś niedługim czasie kot przebiegł przez moją sypialnię, wskoczył na parapet, wybiegł i wrócił już bez koleżanki. Truchełka rano nie znalazłam, więc pewnie leży gdzieś na podwórku. I wszyscy są szczęśliwi.

I oczywiście przeszło mi przez głowę, gdy tak leżałam i nie reagowałam na dramatyczne piski, że zwierzęta rozgrywają to jakoś bardziej naturalnie. Jest atakujący, jest ofiara. Z góry wiadomo, kto wygra. I nie ma najmniejszego sensu ingerować w ratowanie słabszych. Bo instynkt jest silniejszy, a biologia nie kłamie. At the end of the day kot i tak dorwie myszkę.

I tu przechodzimy gładko do puenty filozoficznej, która mi się wówczas pomyślała i którą wtedy uznałam za niezwykle błyskotliwą, a obecnie jest oczywiście nudna jak polskie komedie romantyczne, ale bez puenty ta notka tym bardziej nie ma sensu. A mianowicie, że jeśli już mam brać zwierzęta za wzór, to lepiej być kotem niż myszą. I że byłabym bardziej skuteczna, gdybym częściej wyłączała swoje humanistyczne odruchy.

Pytanie jednak brzmi, jak w tę historię wpasować drugiego kota, Kiriego, który w trakcie porannej imprezy swojego brata, przyszedł się domagać głaskania dłonią, rzecz jasna moją, i intensywnie udawał, że nie słyszy tego, co się dzieje w salonie.



oraz Zaz na temat:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz