niedziela, 16 lutego 2014

181. Przypadkiem

Lubię słuchać swojej intuicji.

Podejmować decyzje w oparciu o to coś nieuchwytnego, co czasami pulsuje czerwoną linią na prawej dłoni. Oczywiście tylko te nieistotne. Jak np to, gdzie pojechać do sklepu. Bo może akurat spotkam kogoś znajomego. Przypadkiem. W niedzielne popołudnie.

Więc jadę, robię zakupy, choć szczerze tego nienawidzę. Rozglądam się i nikogo nie widzę. Wychodzę z supermarketu, intuicja każe się jeszcze przejść po galerii handlowej, obejrzeć wystawy (dzisiaj rzucały mi się w oczy głównie drogie naszyjniki, Droga Kasiu, co robić?), dojść do kawiarni i zawrócić.

I słucham tego głosu wewnętrznego, nieopartego na żadnych racjonalnych przesłankach. I przyglądam się rodzinom, parom, dzieciom wymęczonym chyba kinem, a może sztucznym światłem. I idę w całkiem wysokich kozakach, macham biodrami, ale jestem całkowicie niewidoczna. Jak to w niedzielne popołudnie, kiedy raczej mało co się zaczyna, a większość kończy.

Więc dochodzę do auta, pakuję zakupy, wsiadam i wracam do domu.
Nie spotkawszy nikogo.

Sceptyk powiedziałby, że jestem debilką.
A ja się zastanawiam, czy aby nie chodziło o to, żebym tego kogoś NIE spotkała. Ominęła go grzecznie.

No to omijam :)



Notka dla serialomaniaków: Sherlock - bdb, True detective - celujący, a z House of Cards poczekam na wersję bez chińskich napisów. Wolę po angielsku. A na deser Osiecka/Przybylska.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz