niedziela, 9 lutego 2014

179. I have to go

Wiele na to wskazuje, że moją metodą na rozmaite emocje jest oglądanie seriali. Na szczęście nie są to jeszcze polskie produkcje i nie mam pojęcia, co się dzieje w 1500tnym odcinku M jak Miłość. Gustuję w serialach amerykańskich, i oglądam je z podpisami de préférence, co by się nie męczyć nadmiernie przy prawnym żargonie, więc tym samym rozmaite konstrukcje zdaniowe mi same wchodzą do głowy. A potem wychodzą ze mnie w przedziwnych sytuacjach, gdy nagle okazuje się, że po angielsku jest mi szybciej niż po polsku. Albo precyzyjniej.

Kiedyś tak miałam z językiem francuskim, wchodził w każdą wolną przetrzeń i się panoszył, a teraz widzę, że angielski też się rozpycha. W moim mózgu. Lubię precyzję wypowiedzi, szczególnie gdy mówię o ważnych dla siebie sprawach. Kiedy chodziłam na terapię, to często najbardziej adekwatnym słowem było jakieś francuskie wyrażenie. Albo angielski przymiotnik. I nie byłam w stanie przejść dalej, póki nie znalazłam wystarczająco dobrego odpowiednika po polsku. W moim idolekcie jest sporo nieprzetłumaczalnych słów. Taki "vulnerable" na ten przykład. Albo "perséverant". I co z tego, że istnieją jakieś polskie słowa, które znaczą prawie to samo. Nie oddają pełnego znaczenia, więc są niewłaściwe. Moje wewnętrzne lingua-nazi.

Oglądam zatem te seriale, karmię się cudzymi emocjami i przeżyciami i po jakimś czasie okazuje się, że już mogę znowu wstać z kanapy i zacząć działać. Właśnie coś takiego poczułam. Że już dość. Że się zresetowałam. Że po miesiącu chowania się w sobie już czas na wiosnę. Pogoda jest dość spójna z moim samopoczuciem - zrobiło się zimno dokładnie wtedy, gdy podjęłam trudną wszak dla mnie decyzję. A temperatura znowu jest normalna, gdy wreszcie chce mi się łazić po świecie i doceniać, że o 17 już wcale nie jest tak bardzo ciemno.

Spacerowałam dziś po mieście, google maps mówi, że zrobiłam niecałe 10 km. Przyglądałam się ludziom. Na uszach miałam składankę ze Stanów, na oczach okulary słoneczne, na dłoniach moje ulubione brudnoróżowe mitenki. Tymczasem ludzie nie reagowali na mój uśmiech. Niektórzy ładnie ubrani, to szczególnie na Krakowskim. Inni na rowerach (śmiesznie to wyglądało na nieodśnieżonych ścieżkach Pola Mokotowskiego). Jeszcze inni jakby nieobecni. Dużo młodzieży w wieku licealnym. Sporo rodzin z małymi dziećmi. Najwięcej chyba seniorów na niedzielnym spacerze. Część z nich z kijkami do nordic walkingu. Fajnie, że próbują.


Lubię chodzić po Warszawie tak, jakbym nie znała tego miasta. Szukać jakichś nowych points de repère, które mnie zaprowadzą z jednego miejsca w drugie. Znajdować ścieżki, którymi lokalsi nie chodzą. Patrzeć na ściany oczami przyjezdnego. Szukać. Wdychać. I wzdychać. Po raz kolejny stwierdzam, że jestem miejskim stworzeniem i że uwielbiam się szwendać. Na instagramie znajdziecie kilka zdjęć.


A na deser proponuję:




2 komentarze:

  1. Kiedyś uwielbiałem się szwendać... byle gdzie i najczęściej bez celu...
    Deser wyborny :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się co do "vulnerable" - od kilku lat na próżno staram się jakoś odpowiednio wyrazić to w języku ojczystym. Ufff, ulżyło mi, że nie tylko w mojej głowie mieszka "lingua-nazi".
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń