czwartek, 6 lutego 2014

178. Dieta - sezon drugi

- A jak tam Ci idzie dieta? Chyba znowu coś schudłaś? - co jakiś czas słyszę. 
- Ha. No więc nie schudłam. Od trzech miesięcy nic nie zrzuciłam, a niedawna wizyta u dietetyczki pokazała wręcz, że przytyłam prawie kilogram - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Brzuch mi sterczy i wcale mi się to nie podoba. 

Powinnam się pochlastać, nie? 
A jednak nie. Bo przez ostatnie trzy miesiące, proszę Państwa, sinusoida emocji była na tyle intensywna, że spodziewałam się dramatycznego efektu jojo. Piłam wino (piwo zresztą też), dużo wina, jadłam czekoladę (nie żeby jeden kawałek i nie żeby jedną tabliczkę), nawet pizzę sobie raz zamówiłam i w całości wchłonęłam. Jadłam croissanty, kanapki w ilościach potężnych. Frytki zjadłam i tort bezowy też. I 10 krówek na raz. A o świętach już lepiej nie będę wspominać, bo na samą myśl, brzuch mnie zaczyna boleć z przejedzenia. 
No pofolgowałam sobie. A jednak wagę utrzymałam. 

Może dlatego, że takich złych dni było nie więcej niż 2-3 w tygodniu? Albo dlatego, że kiedy nie jem tych śmieci, to staram się dostarczać sobie głównie owoce i warzywa? Że nie jadam za wiele tłustego mięsa (w ogóle mięso jem w ilościach symbolicznych). Może dlatego, że codziennie od początku diety na śniadnie jem płatki mniej lub bardziej owsiane z jogurtem naturalnym i owocem wkrojonym? A może dlatego, że w napojach nie dostarczam sobie kalorii? 
Na pewno nie bez znaczenia jest sport - od 3 do 5 godzin tygodniowo. 

Do dietetyczki szłam lekko zestresowana, bo zwyczajnie bałam się tego ważenia i sprawdzania ilości tłuszczu, masy mięśniowej i wody. Poprzedniego dnia wypiłam tonę pokrzywy, co by wypuścić nieco wody z siebie. I starałam się grzecznie jeść, zgodnie z zasadami. Nie na wiele pomogło. Jak przez dwa miesiące odstawiłeś dobre nawyki, to jeden dzień niczego nie zmieni. Różne inne pomysły na oszukanie wagi mi zresztą przeszły przez głowę, ale na szczęście nie wprowadziłam ich w życie. Bo niby kogo chcę okłamać? 
No dobra, przyznam się, założyłam dość lekką sukienkę, bo pamiętałam, że poprzednimi razami też nie miałam spodni. To zawsze kilkaset gramów do przodu, nie? ;) 

Od lipca schudłam prawie 10 kilo. Od marca niecałe 14. Masa mięśnowa mi spadła o niecały kilogram. Reszta to tłuszcz, za którym w ogóle nie tęsknię. Zeszły ze dwa rozmiary. Mam całkiem fajne nogi i niewiele cellulitu. Biust się jakoś trzyma. Talia jest tam, gdzie powinna. A na ramionach jest ładny zarys mięśni. Satsyfakcja z samej siebie + 100. 

(proszę zauważyć, że zdjęcie jest robione pod kątem i że ubranie ciemne, więc wyszczupla. takie tam drobne manipulacje...)

Gryplan jest teraz w miarę prosty. Jeśli wrócę do kilku dobrych nawyków (jedzenie co 3 godziny, picie więcej wody, wybieranie orzechów i owoców zamiast słodyczy), to znowu zacznę chudnąć. Przede mną jeszcze 8 kilo. Damy radę. Jakoś się tego nie boję. Deadline ustawiłam sobie na czerwiec. Arbitralnie, bez żadnego konkretnego powodu.

Zaczynam więc drugi sezon diety (i drugi sezon "Suits"). 
Stay tuned. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz