wtorek, 4 lutego 2014

177. Lifelong changing

W ramach rozwijania nowych umiejętności umówiłam się z przyjaciółką na biegówki. Warunki idealne, nie za zimno, nie za wietrznie. Ona miała własny sprzęt, ja swój zarezerwowałam w sympatycznej firmie Biegówki na Młocinach i ruszyłyśmy w sobotnie przedpołudnie w tango.

Nie sądziłam, że będę miała z tego aż tyle przyjemności. Dwie i pół godziny machania rękami i nogami (pod koniec to jednak głównie nogami, bo przedramiona odmówiły współpracy). Prawdopodobnie biegałyśmy kompletnie niefachowo, ale co jakiś czas któraś z nas sobie przypominała jakieś mądre rady tych, którzy się znają. Że kijki trzeba równolegle i do przodu. Że raczej nogami się przemieszczać i ślizgać się, niż rękami ciągnąć. I że powinno to wyglądać w miarę arystokratycznie, lekko i kobieco, a niekoniecznie ciężko i potliwie. 



Nie mam pojęcia, ile żeśmy przebiegły, bo żadna z nas nie pomyślała, żeby włączyć któreś z tych ustrojstw monitorujących, ale jedno jest pewne - w lasku młocińskim jest kilka świetnie oznaczonych tras, a kiedy się wybierze te nieco trudniejsze, to wcale nie ma na nich ludzi. Czy wiedzieliście, że w trakcie zjazdu z górki nie należy hamować pługiem? Ja też nie wiedziałam, więc moje bojówki szybko się zamoczyły. Na szczęście u wylotu z lasu jest niepretensjonalna knajpa Przystanek Młociny, gdzie atmosfera podobno do tradycyjnego  after-ski pod wyciągiem. 

Innymi słowy sielanka, a Cywińska może się pochwalić kolejnym "zaliczonym" sportem. Bo wiecie, uprawianie sportu jest trendy nowadays. Co mi przypomina, że w niedzielę o świcie wymądrzałam się z Polskim Radiu Czwórce na temat krav maga. Robiłam tam za kobietę, tym razem, nie za eksperta. Bo prawdziwą wiedzę przekazywał kolega z zaprzyjaźnionego klubu krav maga. Ale nie zdziwię Was, kiedy przyznam, że to ogromna frajda móc poopowiadać o tym, co tak bardzo lubię i co zapełnia mi tyle wieczorów w tygodniu.

Tymczasem a propos czasu, to od jakiegoś miesiąca mam trochę wolności i choć wydawało mi się zawsze, że nie umiem się nudzić, to czuję się teraz trochę jak ten Żyd, któremu kozę zabrano. Mam w cholerę możliwości i doceniam, wręcz celebruję, każdą godzinę samotności. Czasami rzecz jasna jestem mniej przysiadalna, bo wchodzę w jakieś swoje osobiste głębiny i szukam odpowiedzi. Ale równocześnie czuję, że rozwija się we mnie, rośnie wręcz, jakaś nowa jakość. Nowe pomysły. 

Najbardziej marzę o tym, żeby wyjechać gdzieś w siną dal, zasiąść na kilka tygodni i wreszcie napisać to, co mam do napisania. A równocześnie wrócić do swoistych korzeni, których nigdy zbyt dobrze nie zidentyfikowałam. Ta moja potrzeba gotowania (jeszcze nie do końca zrealizowana, jak wiadomo) i chęć nowych zajęć, i potrzeba zmiany i ciągłe szukanie nowych bodźców - to wszystko mnie definiuje i określa. I nie mam pojęcia, czy kiedyś zasiądę na dupie i przestanę się szwendać, ale póki co wszystko mi mówi, że idę dobrą drogą. W tym miesiącu kończę 36 lat.
Czy to już czas na stabilizację? 
No raczej nie. 
Lifelong changing, czyli Cywińska w drodze. 

W ramach kryzysu wieku średniego mój motocykl powinien dojechać na początku marca. 

(to już chyba było, ale to przecież piosenka o mnie)


1 komentarz:

  1. "Lifelong changing" - piękne, mogę ukraść? (jako osobniczce zajmującej się zawodowo lifelong learning, podpadło tym bardziej;)
    i weź się z tym kryzysem wieku średniego, co? ja w tym roku kończę 35, i nieustająco czuję się co najmniej 10 lat młodsza.

    OdpowiedzUsuń