środa, 22 stycznia 2014

176. (K)rok po (k)roku

Trochę ponad rok temu zaczęłam pisać tu regularnie.
Czas na lekkie podsumowanie. Uwielbiam podsumowania, listy i struktury. Karmią mojego wewnętrznego kontrolfrika. 

Zacznijmy więc od tego, co się udało. 

- Udało mi się pojechać do Stanów, spędzić tam cudownych 5 tygodni, przejechać kilka tysięcy kilometrów i wrócić cała i zdrowa, z głową pełną obrazów, zapachów i smaków oraz wspomnień, rzecz jasna. Kartę kredytową mam nadal zadłużoną, ale to nieszczególnie istotne wobec faktu, że była to podróż mojego życia. Pieniądze rzecz nabyta.  

- Pojeździłam latem na motocyklu i tym samym upewniłam się, że to jest TEN środek komunikacji, który mi najbardziej odpowiada. Zorganizowałam więc sobie kupno swojego własnego i niebawem już będę prawowitą właścicielką (kiedy zima się skończy i uda się go przewieźć z południowej Francji do Warszawy). Duża, ciężka maszyna. Będę bogiem, a nawet boginią :) 

- Schudłam w sumie jakieś 14 kg (pierwsze 4 kg w Stanach). Być może trochę mniej, o od 6 tygodni się nie ważyłam, a po drodze były Święta i stany emocjonalno-słodyczowe, ale moja dieta jest procesem on-going i nadal jakieś 8 kg przede mną. Zmieniłam rozmiary tu i ówdzie, szafy jeszcze nie uzupełniłam. Zadowolenie z własnego wyglądu podskoczyło mi o kilka stopni w skali Geigera. 

- Zaczęłam regularnie uprawiać sport. Krav maga co najmniej dwa razy w tygodniu, zazwyczaj jeszcze jakiś trzeci trening, czasami basen, jak było ciepło to sporo roweru. Zdałam dwa egzaminy. I na obozie sportowym byłam w sierpniu (nie wmówilibyście mi dwa lata temu, że coś takiego zrobię, seriously).  

- Zakochałam się. Intensywnie. Miałam fantastyczną jesień i znakomitą końcówkę roku. A dwa tygodnie temu odkochałam się. Równie intensywnie. I jest mi z tym dobrze. Co trochę zaskakuje, ale w gruncie rzeczy głównie uspokaja. 
Bo ze mną wszystko w porządku :)

No i tyle jeśli chodzi o sukcesy, którymi chcę i mogę się z Wami podzielić. 

Były też porażki, rzecz jasna. Takie moje małe poczucia winy. 
- Nie zrobiłam praktycznie nic w kierunku doktoratu, choć już byłam niedaleko powrotu na studia. 
- Nie udało mi się wyjść na zero z budżetem comiesięcznym, już po uwzględnieniu podróżowania. Ale ja oddycham podróżą, więc nie mogę tego odcinać.  
- Nie napisałam ani poradnika, ani powieści, ani nawet cyklu artykułów na jeden temat. Zwłaszcza naukowych. 
- Nie stworzyłam drugiego bloga, bardziej skoncentrowanego na sprawach socjologii internetu i kompetencji komunikacyjnych. 
- Nie pozbyłam się połowy ubrań, książek, rzeczy i innych durnostojek oraz kurzołapek. 


No to jakie mam plany na ten rok? Jakie marzenia? 

- Schudnąć jeszcze kilka kilo i to utrzymać. 

- Wrócić do nauki tańca (zarzuciłam jesienią z przyczyn ... powiedzmy, że obiektywnych: mój facet umierał na raka, każdemu by było szkoda czasu). 

- Zacząć naukę strzelania bojowego i jazdy konnej. Na strzelanie mam już opcję. Jazda konna to natomiast terra totalnie incognita. 

- Zdać kolejny egzamin krav maga, a może nawet dwa. Egzaminy dobrze mi robią ;)

- Więcej gotować samodzielnie (nadal robię to za rzadko i za dużo jem poza domem). 

- Napisać coś. Najpierw poradnik. Koncepcja już jest. Muszę to sobie rozpisać na poszczególne miesiące.  

- Zacząć naukę jakiegoś nowego języka - rosyjskiego albo arabskiego. Arabski brzmi bardziej egzotycznie, będzie czym się chwalić na imprezach. 

- Studia podyplomowe - podjąć decyzję, czy i jakie. Coś ścisłego i specjalistycznego. Marzę o byciu prawnikiem. 

- Rozwój artystyczny - albo rysowanie albo muzyka, ale za to regularnie. Powinnam śpiewać w chórze :)

- Założyć ten blog bardziej poważny, co by ludzi serioznych nie zniechęcać moją gadaniną dla kucharek. No bo to trochę jednak wstyd, mieć takie poplątanie z pomieszaniem i do tego tak niepoważnym językiem.  Cywińska naukowa powinna pisać krótko i na temat. Z linkami i licznymi odniesieniami do literatury. Której nie czyta. 

- A, no właśnie. Więcej czytać. Nie po to sobie kupiłam nowego kindla paperwhite, żeby leżał w torbie i czekał na lepsze czasy. 

- No i kilka podróży by się przydało. Coś na motocyklu. Coś na nartach. Coś nad wodę. Coś egzotycznego. Coś we dwoje (jakie kurde dwoje). Coś szalonego. Coś pod krawatem. I może coś jakąś większą ekipą. 

A Wy co postanowiliście? 






  


11 komentarzy:

  1. Jaki motocykl wybrałaś?

    Uczyłem się i rosyjskiego i arabskiego. Rosyjskim nie poszpanujesz (chyba, że przy wódce), za arabski można zaliczyć wpierdol (zwłaszcza przy wódce).

    Gdzie to strzelanie "bojowe"?

    OdpowiedzUsuń
  2. PS: Dziwny ten system komentarzy, wyświetla mi nazwę konta sprzed 10 lat ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie rozumiem tych komentarzy tak do końca, pewnie powinnam pogrzebać w kodzie, ale jestem leniwa.
    Nie lubię wódki, to chyba jestem bezpieczna?

    A strzelanie w suchodole.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach a motocykl - Honda Varadero ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Marysia - jeśłi zdecydujesz się na arabski - to ja mam super nauczycielkę przez skajpa!

    OdpowiedzUsuń
  6. Pisałaś, że chcesz się chwalić rosyjskim albo arabskim na imprezach, to Ci wyłożyłem rzeczywistość opierając się na własnym doświadczeniu. Ot, cały kod;)

    125 czy 1000? :)

    OdpowiedzUsuń
  7. O kodzie było ad Twój drugi komentarz :)

    A Wiadro oczywiście że 1000. No weź!

    OdpowiedzUsuń
  8. tego odchudzenia zazdraszczam, chcialabym poznac tsjniki co robic by tyle schusc. piekne by to bylo

    OdpowiedzUsuń
  9. Haha, racja, zapomniałem o nim :)

    Odważnie widzę. A prawko jest? ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. jest, od ponad roku. ale doświadczenie niestety niewielkie. a motocykl podobno w gruncie rzeczy bezpieczny. ważne, że duży. mam długie nogi ;)

    OdpowiedzUsuń