niedziela, 19 stycznia 2014

175. Trzy kolory - biały, niebieski i czerwony, czyli o pewnej sobocie.

Wczorajszy dzień miał jednoznacznie trzy odrębne części. Poranek był wybitnie leniwie biały, popołudnie stało się wyborczo niebieskie,  a wieczór krwiście czerwony. Jako osoba, która lubi struktury, szukałam  części wspólnej, co by móc się do niej odnieść. I chyba mam - przez całą sobotę dbałam o siebie i o to, żeby mi było dobrze. Niby nic takiego i może się wydawać, że robię to ciągle, ale jakoś wszystko mi się ułożyło komplementarnie.
Sobota, jakich niewiele.

Ranek mianowicie spędziłam w łóżku. Z komputerem, serialami, dobrym śniadaniem i poczuciem, że mogę wszystko. Uwielbiam marnować w ten sposób czas i jest to dla mnie forma resetu. Średnio raz w miesiącu pozwalam sobie na takie robienie niczego. I nie, nie mam poczucia winy. Czuję, że żyję i że jestem w kontakcie z własnymi emocjami. Bardzo polecam. Nie tylko w chwilach emocjonalnie przejściowych.  

Po południu pojechałam na spotkanie założycielskie Polskiego Stowarzyszenia Blogerów i Vlogerów. Nie do końca byłam pewna sensowności tej inicjatywy, bo blogosfera charakteryzuje się przede wszystkim potrzebą indywidualności i pracy w odosobnieniu, a także wybujałym ego, które jest niezbędne do tego typu twórczości, ale zaciekawiła mnie ta potrzeba zrzeszenia się, a nazwiska osób inicjujących ten projekt mnie przekonały

W trakcie swojego porannego lenistwa zdążyłam przejrzeć statut w jego proponowanej wersji i wyłapać kilka mniej lub bardziej drobnych zagrożeń lub nielogiczności. Pojechałam, przydałam się, a że nigdy nie bałam się pracy społecznej, za to lubię uczestniczyć w tworzeniu nowej rzeczywistości, to z przyjemnością dałam się wybrać do Komisji Rewizyjnej, wraz z Dorotą Zawadzką i Michałem Szafrańskim. Będę zatem wymądrzać się i pilnować. Cerber Cywińska, do usług ;)

Nie mam rzecz jasna pojęcia, na ile ten nowo powstały twór będzie miał siłę przebicia i na ile uda nam się z jednej strony zintegrować środowisko, z drugiej zadbać o jego wizerunek, a z trzeciej wywrzeć jakiś wpływ na uporządkowanie spraw etycznych i prawnych związanych z blogosferą, ale wierzę, że ludzie, którzy weszli do władz i ci, którym wczoraj się chciało spędzić 5 godzin na debatowaniu o nieraz bardzo nudnych sprawach (doprecyzowanie statutu to zajęcie przyjemne chyba tylko dla koneserów) to kapitał społeczny, który warto zauważyć. Jeśliby nawet jedynym owocem pracy tego stowarzyszenia miał być Kodeks Etyczny, to już to będzie sukcesem i punktem odniesienia dla ludzi publikujących w internecie. Trzymam kciuki za nas wszystkich. 

Mam oczywiście swoje przemyślenia na temat dojrzałości środowiska oraz jego rozwarstwienia, ale one nie wynikają bezpośrednio z wczorajszego spotkania, a raczej z tego, co zadziało się w sieci. Próby oceniania przydatności stowarzyszenia, zanim ono zdążyło cokolwiek zrobić, czy też nawet opublikować swój statut, próby dyskredytowania jego członków i niby żartobliwego oceniania motywacji poszczególnych osób, ale też z "naszej" strony próby przedziwnego wchodzenia w dialog z osobami, dla których najwyraźniej nie istnieje takie pojęcie jak "społeczność blogerów i vlogerów" (co samo w sobie przecież nie jest złe). 

Każdy z nas ma prawo do zrzeszania się i cieszę się, że są ludzie, którzy chcą z tego prawa korzystać na rzecz środowiska, które jest mi wybitnie bliskie. 
Od lat. 

Z auli wykładowej pojechałam prosto do hali sportowej. Z komunikacji skupionej na eleganckiej i wyszukanej rozmowie przeskoczyłam bezpośrednio do świata ciała, siły i mięśni, ale też techniki i adrenaliny. Gala MMA, czyli Mixed Martial Arts. Duży biały ring na środku hali, wokół krzesła i trybuny, muzyka silnie rytmiczna, hostessy półnagie, panowie w dresach, z szalikami legii, z bardzo krótkimi włosami, kobiety na obcasach, niektóre z bardzo wydatnymi ustami, inne z pięknym makijażem zasłaniającym wszystko, włącznie z inteligencją. I oczywiście zastanawiałam się, czy w tych walczących ze sobą facetach jest więcej mięśni czy rozumu, a samo obserwowanie publiczności było już pożywką dla mej cynicznej duszy. Osiem walk, niektóre krótkie, poddane po chwili, inne kilkunastominutowe, pełne zwrotów. Całość mnie wciągnęła bardziej niż sądziłam. Widowiskowe, pełne testosteronu i zwierzęcej męskości. Było na co popatrzeć :)

Który z tych światów jest bardziej realny? Czy ten siedzący przed ekranem, czasami z nadwagą i tłustymi włosami, częściej przystojny w hipsterskiej bluzie i z zawadiackim uśmiechem oraz inteligentnym sarkazmem na ustach? Czy ten, który trenuje ileś godzin tygodniowo, pracuje nad każdą techniką i każdym mięśniem, żeby raz na jakiś czas wejść pod światłami na ring i pokazać, co potrafi, a równocześnie dostać niezły wycisk od swojego przeciwnika? Ten kreatywnie werbalny lub wizualny, czy ten fizjologicznie krwisty i siłowy?  
Ciężko mi ocenić, ale jednych i drugich podziwiam. 

Do trzeciej nad ranem oglądałam The Good Wife, serial o chicagowskiej firmie prawniczej, jadłam niezdrowe ciasteczka popijając je Colą Zero i czułam, że przynajmniej nikogo nie oszukuję i nie twierdzę, że robię coś pożytecznego :) 

A gdy już będę duża, to zostanę prawnikiem i fighterem. 
Takim jak w fight clubie.  


1 komentarz:

  1. Się zaczyna polskie piekiełko, trzymam kciuki
    https://www.facebook.com/OpozycjaPolskiegoStowarzyszeniaBlogerowiVlogerow?ref=stream&hc_location=stream

    OdpowiedzUsuń