piątek, 25 października 2013

165. Słuchawki antydepresyjne VALKEE

Na początku września miałam doła. Takiego dość konkretnego. Nic mi się nie chciało - ani pisać, ani śpiewać, ani nawet machać nogami. Już wtedy brakowało mi słońca, a może po prostu wyczerpało się to, które nagromadziłam wiosną w Stanach i latem w czasie weekendów. Dość powiedzieć, że czułam się źle. Nie bez znaczenia były też środki hormonalne, które mi zabrały całą radość życia. One tak miewają, dziwki jedne. Albo się od nich tyje, albo się nie chce seksu, albo nawet popada w stupor.  

Postanowiłam działać. Najpierw odstawiłam pigułki. Potem sprawdziłam, czy mi wyniki tarczycowe nie poleciały w dół. Poleciały. Więc pani endokrynolog nieznacznie podwyższyła mi ilość hormonu. A następnie zaczęłam marudzić. Jak każdy prawdziwy Polak lubię marudzić i jeszcze bardziej lubię, jak mnie potem przytulają na tę okoliczność. Ktoś mi wtedy podrzucił link do fińskich słuchawek antydepresyjnych. Za Boga nie pamiętam, kto, a powinnam mu piwo postawić, albo chociaż wino. 



Takie ładne jeszcze do tego. Zgrabniutkie, co najmniej jak ipod albo coś innego firmy Apple. A ja jestem gadżeciarą, prawda? Zanim jeszcze sprawdziłam, jak to działa, już wrzuciłam na fejsie post, że bardzo bym takie chciała. Towarzystwo się rozszalało i wyśmiało. Że w jaki to niby sposób światło świecące do uszu miałoby mieć jakikolwiek wpływ na nastrój. W sumie uważałam podobnie, acz nie do końca. 

Bo już kilka lat temu myślałam o tym, żeby rozkręcić biznes w postaci lamp antydepresyjnych ze Skandynawii. W Polsce są jakieś nieszczególnie ładne i całkiem drogie, a tam można znaleźć nieszczególnie drogie, a dużo ładniejsze. Nisza widoczna gołym okiem. Koleżanka mi wówczas pomogła w researchu tamtojęzycznym, ale nic z tego nie wyszło, jak z większości moich pomysłów na biznes. Co nie zmienia faktu, że miałam ochotę na taką lampę. Bo jesienią i zimą jednoznacznie brakuje mi światła i napawam się każdym słońcem, chodząc po mrozie, jeśli trzeba, byle się nachapać. 

Poczytałam o tych słuchawkach, przeraziłam się ceną (885 zł) i poszłam spać. W międzyczasie jednak przemówiła do mnie idea światła wewnątrz czaszki i obszarów światłoczułych, którym świecenie może pomagać. Mówią, że wystarczy 12 minut dziennie (i na taki czas jest ustawione urządzenie). W porównaniu z lampą, pod którą trzeba sterczeć przez pół godziny i to pod odpowiednim kątem, słuchawki wydawały się znakomitym środkiem zastępczym. Popatrzyłam na badania kliniczne. W jednym badaniu raptem kilkanaście osób, ale inne już na większej liczbie i z zastosowaniem grupy kontrolnej. I wszędzie wzrost nastroju. Może to jednak nie jest aż taki pic na wodę. Zwłaszcza, że udało się udowodnić, że mózg jest wrażliwy na światło. No a urządzenie otrzymało certyfikację CE jako wyrób medyczny klasy II(a). Nie bez znaczenia jest też fakt, że firma uzyskała w tym roku dalsze prawie 10 mln dolarów finansowania

Następnego dnia napisałam mail do polskiego dystrybutora z propozycją przetestowania. Odpowiedź dostałam prawie od razu, że jak najbardziej, czemu nie, który kolor, wysyłają kurierem.  

Słuchaweczki przyszły w pewien wtorek z miesiąc temu. W kartonie z instrukcją i różnej wielkości silikonikami, co by się dobrze trzymały w uchu. Przyszły do pracy, podzieliłam się swoją frajdą z koleżankami, więc rozpoczęłyśmy testy we trzy. Żadna z nas wprawdzie nie ma zdiagnozowanej sezonowej depresji, ale każda z nas lubi narzekać na niedobór światła i brak energii jesienią. Idealny zestaw, nie? 

Pierwsze wrażenia były dziwne. Na pewno nagrzewało uszy. Stwierdziłyśmy to wszystkie trzy. Przy pierwszym użyciu trochę zaćmiła głowa, potem ból minął i więcej się nie pojawił.  Przede wszystkim jednak oczy się zrobiły jakby większe. W sensie bardziej chłonne. Po sesji słuchaweczek miałam wrażenie, że słońce bardziej świeci zza chmur i bardziej mnie razi. Dziewczyny aż tak tego nie określiły, ale wrażenie jasności też miały. 

Tak naprawdę rozmawianie o skuteczności słuchawek jest niezwykle trudne, bo wszystko opiera się na subiektywnych wrażeniach. Skali depresji nie wypełniłyśmy, nie zrobiłyśmy żadnego pre- ani post-testu, więc moja dusza metodologiczna nieco ucierpiała, ale musimy to wszystkie przyznać - nasze nowe Uszy mają na nas dobry wpływ. 

Nagle dowcipnie się w firmie zrobiło. Poważni dorośli ludzie, a tu teksty latają co najmniej dwuznaczne. Latały i wcześniej, ale nie w takiej ilości. Więcej energii mamy, więcej pomysłów, szczególnie w godzinach bezpośrednio po zastosowaniu Uszu. Miło, przyjemnie, pozytywnie. Momentami trudno było uwierzyć, że to jest to samo spokojne i ciche biuro, co dotychczas. 

- Ja tam nie wiem, czy to jest skuteczne - mówi jedna z koleżanek po kilku tygodniach stosowania - ale widzę przecież, że sama pamiętam o Uszach i naturalnie odczuwam potrzebę tego naświetlenia. Myślę o tym rano, jak wstanę i myślę, jak przyjdę do pracy. A wiesz dobrze, jaka zazwyczaj jestem bez energii i nieprzytomna. Podejrzewam, że bym już w ogóle nie była w stanie pracować, gdyby nie Uszy. 

- No a mnie jest całkiem przyjemnie i chętnie bym je stosowała przez całą jesień i zimę - mówi druga i się śmieje od ucha do ucha. 

Tymczasem ja się tak do nich przyzwyczaiłam, że poleciały ze mną do Gdańska i na weekend ze znajomymi. Jakże mogłabym je zostawić. 



Postanowiłam jeszcze wypróbować ich wpływ na jetlag. Akurat miałam dziecko w domu przez 9 dni i zależało nam obojgu, żeby przyzwyczajenie się do polskiej rzeczywistości nie zajęło mu całego tygodnia. O jetlagu się bowiem mówi, że na każdą godzinę różnicy potrzebny jest jeden dzień, a Młody mieszka o 7 godzin stąd. Dopytałam tylko dystrybutora, o której należy założyć Uszy w przypadku jetlagu i zastosowałam je dziecku niemalże przez sen, z samego rana.  

Efekt był rzeczywiście imponujący. Właściwie już dwa dni po przylocie Młody poszedł spać o normalnej godzinie, a trzeciego dnia nie było śladu po jetlagu. A że Młody jest raczej racjonalnym człowiekiem, to jego pozytywna recenzja jest tym więcej warta. Po czterech dniach odstawił Uszy i powiedział, że więcej nie potrzebuje. 
- Przecież ja nie mam depresji, Mamuś - stwierdził rozsądnie, a ja wzięłam je ponownie do biura. 

I tak to. 
Stosujemy Uszy codziennie. Jedna po drugiej. Raczej przed południem. Jest nam pozytywnie i energicznie. Nie mamy pojęcia, na ile to działa i dlaczego, ale jeśli to możliwe, to prosimy, żeby nie przestało. 

Bo jest dobrze :) 

PLUSY: 
- więcej energii 
- lepszy nastrój 
- niekłopotliwe, bo tylko 12 minut dziennie 
- wiele osób może korzystać z jednego urządzenia 
- można ładować przez kabel USB, raz na kilkanaście zastosowań

MINUSY: 
- wysoka cena 
- potrzebne dalsze badania kliniczne - dotychczasowe są jednak na niewielkiej liczbie osób i dotyczą sezonowej depresji, której żadna z nas nie ma zdiagnozowanej 

8 komentarzy:

  1. a czy kazdybmoze przetestowac? pat

    OdpowiedzUsuń
  2. Okazuje się, że Valke to wyłącznie marketing. Warto poczytać to: http://www.earlightswindle.com/story.htm Zachęcam oczywiście do własnej kwerendy w sieci!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpowiedziałam na dole, jakby co to chętnie podejmę dyskusję bo poświęciłam chyba ze 40min na przejrzenie tej strony (a miałam pracować...:-)

      Usuń
    2. Ale z czym tu Pani chce polemizować? Proszę sprawdzić źródła i zarzuty sformułowane na stronie. Wszystko jest jasno opisane!

      Usuń
  3. Przeczytałam dokładnie tę stronę, a że na co dzień pracuję jako biotechnolog to czytam mnóstwo badań klinicznych i muszę przyznać, że badania Valkee są raczej zupełnie rzetelne, natomiast ludzie z tej strony earlightswindle.com są bardzo czepialscy. To chyba jakaś wojna między producentami na moje oko. Pewnie że idealnie byłoby jakby było więcej badań klinicznych, ale najwazniejsze są te na najszerszej grupie czyli opinie użytkowników po wypuszczeniu na rynek - tak jest na całym świecie zarówno jak chodzi o leki i jak i wszystkie wyroby medyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytelników tego bloga zachęcam do przeczytania podanej wyżej strony, dodatkowo wpisy na blogu: http://earlightswindle.com/gloom/ Lektura jest bardzo interesująca i niestety widać, że etyka firmy Valkee leży.

      PS. Placebo jest skuteczniejsze od Valkee :)

      Usuń
    2. Drodzy Państwo, przy okazji ostatniej podróży za ocean kolega fizyk polecił mi świecenie latarką pod kolana (tzn tam, gdzie jest cienka skóra i wszystkie naczynia właściwie na wierzchu) podczas podróży samolotem. Podobno miało to łagodzić lub znosić jetlag na poziomie komórkowym. Zastosowałam się, skuteczne, jetlagu nie było (a poprzednimi razy, bez latarki był). Więc moge ufać w skuteczność słuchawek nie czytając żadnych artykułów obalających ich działanie. Po prostu światło może zdziałać więcej niż sądzimy. Warto otworzyć klapki umysłu, zamiast tkwić w żółwiej skorupie!

      Usuń