poniedziałek, 7 października 2013

160. Tribute to Joanna Chmielewska

Wychowałam się na książkach Joanny Chmielewskiej.

Każda nowa Chmielewska (tak wszak je nazywaliśmy) była czytana przez wszystkich domowników, a przy kolacyjnym stole śmialiśmy się gremialnie z jej bonmotów i innych sformułowań. "Azali były osobie mrowie a mrowie?"

"Wszystko czerwone" było swoistym źródłem emocji ze względu na postać komisarza Muldgaarda, którego poziom języka polskiego przypominał mi każdorazowo, jaki wielki wysiłek rodzice włożyli w naszą edukację językową, gdy mieszkaliśmy za granicą."Lesia" na początku nie rozumiałam i nie doceniałam - może nie byłam w stanie zrozumieć absurdu z polskich biur? O wiele łatwiej wchodziły mi książki z Janeczką i Pawełkiem oraz Okrętką i Tereską, młoda byłam. Uwielbiałam snuć się po ulicach Dolnego Mokotowa, choćby w wyobraźni, i po szlakach mazurskich za dziewczynami.

Klin mnie zafascynował dzwonieniem do obcej osoby. Dzisiaj po południu, jak informacja o śmierci Joanny Chmielewskiej obiegła polski internet, chwyciłam tę książkę, przejrzałam parę stron i zdałam sobie sprawę, że to Joanna Chmielewska nauczyła mnie szukać informacji o ludziach. Ja to robię w internecie, a ona jeździła po całej Warszawie i przekonywała coraz to kolejne osoby, że rzeczywiście dana wiedza jest jej potrzebna.

Kiedy wróciłam do Polski i poszłam pierwszy raz w życiu do polskiej szkoły, do klasy siódmej, książki Joanny Chmielewskiej mnie uczyły pisania. Strasznie się męczyłam nad jakimiś rozprawkami i innymi analizami, dostawałam bardzo średnie oceny, bo mój język był słabiutki i niewyrobiony, jednak któregoś dnia pani polonistka zadała nam opowiadanie. Miało się zaczynać od jakiegoś zdania w stylu: "Kiedy podniosłam głowę, okazało się, że...". Napisałam opowiadanie lekko kryminalne, stylem Chmielewskiej. Nawet chyba śmieszne było, a na pewno zastosowałam jej potoczny język i sposób narracji, w której główny bohater pisze tak, jak myśli. Dostałam wtedy dobrą ocenę, pewnie piątkę. Chyba moją pierwszą na lekcjach języka polskiego. Pani Joanno, dziękuję :)

Późniejsze książki Chmielewskiej czasem do mnie trafiały, czasem mniej. Nie w znaczeniu docierania fizycznego, bo akurat o to, że one będą w domu, nie musiałam się martwić, ale w sensie mojego odbioru. Niektóre były całkiem znośne, ale te, które skupiały się na wyścigach konnych mnie kompletnie nie przekonywały. Swoją drogą widać jednoznacznie, że temat hazardu był bliski autorce - a to kasyno, a to wyścigi konne. Ilekroć przejeżdżam dzisiaj koło hotelu Grand (czy on się tak jeszcze nazywa?), tylekroć myślę o kasynie, które tam jest i w którym nigdy nie byłam, a przecież tyle w nim ważnych zdarzeń miało miejsce.

Tak, na książki Chmielewskiej zawsze były pieniądze. Ojciec zazwyczaj pierwszy chwytał, czasem już miał przeczytaną książkę, zanim wróciłam do domu. Zamykał się w swoim gabinecie i nie należało mu przeszkadzać. Po kilku godzinach (ojciec czyta bardzo szybko) słychać było szuranie krzesła odsuwanego od biurka, otwieranie się drzwi i znowu można było rozmawiać głośniej ;)
- Ja druga czytam! - krzyczałam
- Nie! ja zamawiałam wcześniej! - rozlegało się z sąsiedniego pokoju.

Autobiografię Joanny Chmielewskiej przeczytałam jakoś w liceum, chyba późniejszym już. Nie wkręciła mnie nadmiernie, może byłam za młoda, nie pamiętam. Ale przypominam sobie, że już wtedy mówiono, że autorka jest dość trudną osobą i jej życie w jakiś sposób to ilustrowało. Jako że pochodzę z domu opozycyjnego, zastanawiałam się jedynie, skąd w jej biografii tylu milicjantów i ludzi reżimu. Ta moja nastoletnia czarnobiałość nie bardzo chciała zaakceptować, że ulubiona autorka mogła się sprzedać systemowi. W sumie teraz nawet nie wiem, jak to naprawdę było, nie ma to dla mnie znaczenia. Ani nie jestem już czarnobiała, ani nie oceniam ludzi, a już w szczególności napisanych przez nich książek, przez pryzmat ich własnej historii i wyborów życiowych.

Pani Joanno, dziękuję za Pani dzieło. Z przyjemnością do niego wrócę, na kanapie już położyłam Klin i Lesia. A potem chyba Okrętkę i Tereskę sobie zastosuję, bo one tak fajnie podróżowały. I Boczne Drogi oczywiście wraz ze Studniami Przodków. Dziękuję Pani, i do miłego zobaczenia po drugiej stronie!

"- Halo, Szkorbut! Szkorbut! 
Oczywiście, że Szkorbut, cóż by innego! Byłabym zdziwiona, gdyby mnie nagle zaniedbali. Z uwagi na bliski koniec mojego literackiego męczeństwa, samopoczucie mi się znakomicie poprawiło, a co za tym idzie odzyskałam nieco przytomności umysłu. Czymkolwiek by ten Szkorbut był, nie mogę go wypuścić z ręki, dopóki się czegoś konkretnego nie dowiem. Postanowiłam działać metodycznie. 
- Pod jaki numer pan dzwoni? - spytałam ostro. 
- Cztery czterdzieści dziewięć osiemdziesiąt jeden. 
- Tak jest, słucham. 
- Rejon sto dwa spalony, M-2 odpadł z akcji...
- A M-4? - spytałam w nagłym natchnieniu. 
- W porządku, działa. A-x i B-2 będą w rejonie sto jeden. Zaczynamy o pierwszej. Czy są jakieś polecenia? 
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą, bo jako żywo żadnych poleceń nie miałam. Chciałam mu jeszcze tylko zaproponować, żeby do tego rejonu sto dwa wezwał straż pożarną, ale nie zdążyłam, bo się rozłączył." 


(fot. Jan Bogacz/TVP) 

6 komentarzy:

  1. Moja miłość to "Całe zdanie nieboszczyka". Uwielbiam od lat nastoletnich!
    Rżałam w głos czytając po raz pierwszy, rżałam za każdym następnym razem:)
    I chyba z tej smutnej okazji raz jeszcze ją sobie przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja chyba też całe zdanie nieboszczyka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystko Czerwone...Książka przeczytana w czasach liceum.
    [*]

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie umiem wybrać. Za to pamiętam pierwsze spotkanie z jej książką (zimowisko, jakaś "zakładowa" biblioteczka i pierwsza w życiu chęć, by niedoczytaną książkę ukraść - powstrzymałam się) i mnóstwo wspaniałych chwil z jej kryminałami. Zaczytywałam (i nadal to robię) je dokumentnie, "Biografię" znałam na pamięć. Wszystkie w domu czytywałyśmy "nowe Chmielewskie: babcia, mama i ja. Tych chwil - pełnych śmiechu - chyba najbardziej będzie mi brakować. I Chmielewskiej, bo choć jej nie znałam, była dla mnie naprawdę bliską osobą - jak żaden inny pisarz.

    OdpowiedzUsuń
  5. A dla mnie "PRZEBOJEM WSZECHCZASÓW" Jest "Lesio". Mam cztery dyszki na karku, a wciąż mi się zdaje, iż jest to powieść pisana o mnie i wciąż mnie rozbawia do łez... "Florencję" wziąłem do ręki myśląc, że to horror, a potem już nie było ratunku- zachorowałem na Chmielewską na amen. Dziękuję Pani Joanno...

    OdpowiedzUsuń