piątek, 4 października 2013

159. Między kravką a lotniskiem

Dzisiejsza prawda życiowa brzmi następująco: po 5,5 godzinach ćwiczeń w ciągu 3 kolejnych dni wszystko boli. I w naturalny sposób ma się jedną nóżkę bardziej. Na ten przykład boli obręcz barkowa od ćwiczenia uderzeń i oba kolana od miękkich (nieudanych, rzecz jasna) padów też bolą. O wewnętrznej stronie ud nie wspominam, bo to nieprzyzwoite trochę.

Kolana są zresztą fioletowe. Jak dobrze, że to mój ulubiony kolor. Założyłam fioletowe rajstopy, co by się nie rzucało w oczy.

Pytanie, które mnie jednak nurtuje, to czy w moim wieku jeszcze wypada tak się męczyć. Wszak 150 lat temu kobieta w moim wieku powoli zaczynała szyć sobie suknię do trumny, czasami jeszcze dzieci wychowywała (choć pierwsze, trzecie i dziewiąte zmarło), ale na pewno nie chodziła się napierdalać do sali gimnastycznej z cudnie wypastowanym parkietem. A ja nie dość, że się na tym parkiecie ślizgam, to jeszcze mam z tego frajdę.

A tak poważniej to myślę sobie, że każdy z nas ma prawo znaleźć ten sport, który będzie mu sprawiał frajdę. Bo nie każdy lubi biegać albo jeździć na rowerze, na co jest ostatnio ogromna presja społeczna.
- Jak to? Jeszcze nie przebiegłeś maratonu? - a w myślach, że jesteś cieniasem.
No nie, nie przebiegłam. Bo nie lubię biegać. Bo bieganie mnie nudzi i sprowadza się do walki o każde kolejne 100 metrów. Bo wczołguję się do domu zmęczona i zmachana, ale bez większej satysfakcji.

Co innego treningi. Wracam totalnie wkręcona i nawet jeśli ledwo się ruszam, a podniesienie się z kanapy jest heroicznym wyzwaniem, to czuję, że żyję i chcę tego więcej. I naprawdę nigdy nie sądziłam, że będę z takim przejęciem i radością opowiadać o tym, jak wielką przyjemność mam z machania nóżkami. Prawie że się tego wstydzę. Wydawać by się bowiem mogło, że intelektualiście (czy ja aby jestem intelektualistką) sport jest niepotrzebny, bo od tego ma swoje zwoje mózgowe, żeby sobie to wszystko zracjonalizować i wytłumaczyć. A jednak.

Wyłączenie raz na jakiś czas mózgownicy werbalnej i włączenie odruchu, instynktu i atawistycznych reakcji jest jak dobry reset komputera. Czyści pamięć, wstrzymuje procesy i pozwala w konsekwencji pracować dużo szybciej.

Gdzieś w tyle głowy pojawia się pytanie, w jaki sposób radzą sobie ludzie, którzy wieczorami mają dzieci do wykarmienia, męża do wyprowadzenia i psa do utulenia. Kiedy oni mogą machać tymi nóżkami i czy aby starcza im czasu i energii. Bo ja to mam luksusowo. Żadnych zobowiązań, tylko dwa koty, które dają radę, nawet gdy karmione o 7h30 rano, a potem o 23h, po przyjściu do domu. Liczba godzin treningowych zapewne spada wraz ze wzrostem liczby domowników, ale na szczęście na razie nie zamierzam tego sprawdzać empirycznie.

Pobawiłabym się jeszcze w lekką psychoanalizę potrzeby kontroli własnego ciała oraz potrzeby kanalizowania złości w akceptowalny społeczne sposób, ale to już może nie tutaj i nie z takim audytorium, no offence.

* * *
Tymczasem dzisiaj po południu, za chwilę, za moment, przylatuje mi dziecko. Na tydzień. Szok termiczny będzie zapewne potężny, bo w Houston temperatury nadal bliżej 30 stopni niż czegokolwiek innego. Zapakowałam do torebki czapkę i rękawiczki. Dam mu na lotnisku. A potem pojedziemy na kebab, bo podobno tam nie dają ich w ogóle i on cierpi.
Nie dziwię mu się, nasz lokalny EFES jest wszak najlepszy.

* * *
 
Miłego weekendu Wam życzę.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz