środa, 25 września 2013

158. Cywińska w telewizji, czyli o prywatności w internecie

Już mnie to "intymnie" z poprzedniej notki zaczęło straszyć. Człowiek ma wieczorem chwilę kanapowej słabości, o której postanawia się podzielić z całym światem, a potem nie wie, czy tego chciał, czy nie chciał. Ale na wszelki wypadek przesuńmy to dalej, przykryjmy inną notką, poważniejszą. Seriozną niemalże ;) (a na dodatek paradoksalnie związaną z tematem intymności)

Wymądrzałam się bowiem wczoraj w TVP Kultura. Materiał był nagrywany, emitowany ma być dziś wieczorem. Telewizji już od dłuższego czasu nie oglądam, ale chętnie potem spojrzę na to w internecie. Podobno zawieszą w przyszłym tygodniu.

Rozmowa była o inwigilacji i prywatności, również w internecie, a punktem wyjścia była rozmowa-rzeka Lyona i Baumana, Płynna Inwigilacja. Ciekawa dyskusja nam wyszła o tym, czy prywatność jako wartość jeszcze istnieje i czy ma sens jej bronić rejtanem (moim zdaniem, nie ma). Czy władza nadużywa wiedzy, jaką ma na nasz temat oraz, czy na pewno tylko władza to robi, bo przecież firmy też zbierają dane, a mają na to dużo większe środki i możliwości, a prawo ich właściwie nie ogranicza? Czy w internecie ma miejsce inwigilacja, czy może to jednak my sami ten internet zasilamy informacjami na swój własny temat? Dlaczego ludzie umieszczają połowę swojego życia w internecie (a dlaczego nie?)?

Nie mam pojęcia, na ile materiał zostanie skrócony, oby przynajmniej w połowie, całość byłaby wszak nieznośna, ale polecamy serdecznie, ja i mój wewnętrzny narcyz.

Bauman twierdzi (oczywiście teraz cytatu znaleźć nie mogę), że w sytuacji, w której mieszanie się przestrzeni prywatnej i publicznej stało się faktem, można mieć trzy rodzaje reakcji - można z tym walczyć, można się temu poddać, ale można również próbować się z tym ułożyć. Ja próbuję stosować tę trzecią strategię, wychodząc z założenia, że lepiej jest kontrolować to, co się w internecie znajduje, tworząc swój własny wizerunek i swoje życie, niż walczyć z tym, co ktoś inny zamieści. Znajomi często mnie pytają, skąd we mnie potrzeba tak intensywnej obecności wirtualnej. Czy to już ekshibicjonizm? Co ja z tego mam?

Prof. Jan Hartman zwrócił wczoraj uwagę, że prywatność stała się wartością dopiero w XIX wieku i że być może nadajemy jej zbyt wielkie znaczenie, a także, że mleko się już rozlało i że pomieszanie obu sfer jest już nie do odwrócenia. Mówił również o tym, że potrzeba prywatności brała się i bierze nieraz z potrzeby ukrywania części swojego życia i z poczucia wstydu. W dużej mierze zgadzam się z nim.

Dodałabym jeszcze to, że dzielenie się różnymi informacjami na swój temat ma znamiona transakcji. Jedni będą pisać blog w zamian za bycie widocznym (Bauman i Lyon też o tym piszą, o potrzebie bycia widzianym, zauważonym, o lęku przed samotnością). Inni będą kreować swój wizerunek w internecie, żeby zgromadzić wokół siebie kapitał społeczny. W erze informacji, dostęp do wielu osób na raz jest potencjalnym źródłem wymiernych korzyści. Osobistych, politycznych, dziennikarskich, itd, a także konsumenckich (o czym zresztą już niebawem Wam napiszę).

Publiczne życie na powierzchni i swobodne podejście do tego, co wypada ukryć, a co "stanie się udziałem wielu ludzi" można ocenić z zewnątrz jako ekshibicjonizm i bezwstyd. Można też - jeśli się potrafi - spróbować zdjąć filtr prywatności z tej oceny (to wszak bardzo mieszczańska wartość ;)) i wtedy zauważyć, że otwartość, czy to przy komputerze, czy poza nim, może być strategią.

Im więcej osób ma do Ciebie szybki i bezpośredni dostęp, który Ty im podajesz na tacy dzień po dniu, tym do większej liczby osób masz Ty dostęp.
To takie proste.

Ludzie się bardzo oburzali, gdy kobiety zaczęły chodzić bez kapeluszy, wiele lat temu - przypomniał wczoraj prof. Hartman. Bo to takie niegodne. Zwłaszcza, że prywatność jest elementem godności ludzkiej.

Czy aby na pewno?


2 komentarze:

  1. Prof. Bauman jak zwykle wygłosił niesłychanie głęboką mądrość. Są jakieś zjawiska, które nie podlegają triadzie: walka, ucieczka, przystosowanie? Jak tak dalej pójdzie to dowiemy się od profesora, że jedzenie może być smaczne, niesmaczne i bez smaku. Ale trzeba mu przyznać, że bardzo się rozwinął od czasów socjologii marksistowskiej z 1967 roku, która omal mnie nie zniechęciła do pójścia na te studia. Teraz już za wszystko odpowiada ponowoczesność a nie walka klasowa. Od tego czasu go nie znoszę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trafiłam dziś przypadkiem na powtórkę - całkiem ciekawa dyskusja, choć z wieloma tezami się nie zgadzałam.

    OdpowiedzUsuń