środa, 18 września 2013

155. Po 10 tygodniach diety

Dzisiaj mija 10 tygodni, od kiedy jestem na diecie.

Poszłam więc się zważyć i zmierzyć do Karoliny i porozmawiać o tym, co dalej i jak dalej.
Byłam pełna obaw, bo kiedy dwa tygodnie temu zważyłam się na czyjejś wadze, wyglądało na to, że nic nie schudłam przez cały sierpień. Ale nie jest tak źle :)

W 10 tygodni schudłam 8 kilo. Od połowy marca 12 kg.
Masa mięśniowa prawie nie spadła (o 1,2 kg), mam jej procentowo coraz więcej, teraz już prawie 60%. Podobno to bardzo pozytywne, bo ludzie nieraz tracą po równo mięśni i tłuszczu.
Tłuszczu natomiast jest mniej o 4%.
Jakieś 3 tygodnie temu zrobiłam badania krwi i moczu i wszystko jest ok -  ten dobry cholesterol troszkę za niski, ale ja go nigdy nie miałam w normie.
BMI wynosi 27 i jestem już bliżej normy niż dalej.

Ogólnie rzecz biorąc wszystko jest w porządku i mam tak dalej trzymać. 1300 kcal + 200 buforu. Dużo ruchu (ostatnio było go trochę mniej, bo pogoda mało rowerowa, muszę koniecznie coś wprowadzić w miejsce roweru). I nie zapominać o węglowodanach, bo mam do tego tendencję, a potem organizm ma ataki słodyczowe, a ja poczucie winy.

- No i wtedy zjadłam snickersa - mówię do dietetyczki - w ramach tych swoich 200 dowolnych kcal. Ale wiesz, to czysty magnez i czekolada i przecież są w nim orzechy! 
- To nie orzechy, to strączkowe - ona na to.
- Aaaaaa! Czyli snickers to warzywo?

(wiem, wiem, na fejsie już to cytowałam)

Najtrudniejsze jest planowanie posiłków, tych większych (lunch i obiadokolacja), bo nie zawsze mam czas gotować, nie zawsze mam odpowiednią knajpę pod ręką i nie zawsze chce mi się zjeść sushi (6 kawałków) za 12,50 zł. Szczególnie, gdy jest zimno. I szczególnie gdy za dwie godziny mam trening kravki. A już zwłaszcza, gdy o 23h ląduję w domu i nie chce mi się nic, albo ledwo żyję ze zmęczenia.

Najfajniejsze jest poczucie, że dbam o siebie i że nareszcie odżywiam się sensownie. Nie brakuje mi jedzenia śmieciowego, a jak mi brakuje, to zdarza mi się popełnić grzech lub dwa, żeby potem następnego dnia grzecznie wrócić do muesli, owoców i jogurtu. Wolę zgrzeszyć raz a dobrze, niż się męczyć przez ileś dni z rzędu. A krówka ma tylko 40 kcal. Jedna znaczy się.

Powoli też wyrastam z ubrań i wracam do takich, których już kilka lat nie nosiłam. Za moment będę musiała odnowić garderobę. Kasy nie mam na to w ogóle, ale to przyjemna świadomość, gdy znowu możesz kupować koszulki w rozmiarze L, a niekoniecznie XL, które też bywały za małe (szczególnie te azjatyckie).

Myślę, że jestem w połowie drogi. No, jeszcze jakieś 10 kilo bym chciała. A potem utrzymać to. Jest zatem plan. Na najbliższe pół roku.


(moje dzisiejsze menu?

śniadanie: muesli, borówki, maliny, jogurt
drugie śniadanie: bieluch, papryka żółta, sól
obiad: leczo, ryż, dwa pomidory
podwieczorek: jabłko, nektarynka
kolacja: tagliatelle z łososiem i szpinakiem

i to chyba będzie na tyle, bo głodna nie jestem, a już po 21)









6 komentarzy:

  1. Brawo! Kolejna cegiełka do mojej motywacji :) czuję, że jeszcze chwilka i ruszę z kanapy :) pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. jutro mnie zważą. JEZU!

    a masujesz się cudownymi balsamami? 20 kilo to dużo.

    OdpowiedzUsuń
  3. jak patrzę na zdjęcie, to już wiem dlaczego jestem gruba
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. > spt - nie masuję się, ale kravka robi swoje. na razie nic nigdzie nie zwisa, wręcz przeciwnie, mięśnie się zarysowują

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale na tych zdjęciach, które zamieszczasz na blogu W OGÓLE nie widać, że masz BMI 27.
    W ogóle!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. > Aqua - jak zaczynałam dietę, miałam 29,5 :)
    Nie wszystko złoto, co się świeci :))))

    OdpowiedzUsuń