poniedziałek, 16 września 2013

154. O pigułce dnia następnego. 3 historie.

Trzy historie, które się zdarzyły.
Trzy opowieści i brak wniosków.
A raczej cały szereg pytań i narastająca potrzeba szumu wokół tego tematu.

-----

1. Kasia

Wcale nie miał być kochankiem. Raczej kumplem, powiernikiem, ewentualnie przyjacielem. Zakochała się bezwiednie. Młoda była, może to ją tłumaczy. Ale miała męża i dwójkę dzieci, więc nie powinna była. On też był żonaty. Spotykali się rzadko, bo służbowo. Trzymali za rączkę. Całowali. Nic poza tym. No i oczywiście tysiące maili. Też się zakochał. Wreszcie zdarzył im się wspólny wyjazd do Paryża. Postanowili pójść o krok dalej.

- Ale ja nigdy nie kupowałem prezerwatyw, wstydzę się - wyznał pod wieczór - Żona zawsze brała pigułkę. Innych kochanek, jak wiesz, nie miałem.

Poszła więc do apteki, trochę się z niego nabijając. Jakoś się dogadała w obcym języku i kupiła opakowanie 12 sztuk. Zastanawiali się potem, na jak długo im starczy. Było w tym rzecz jasna pytanie o trwałość ich relacji.

Mieli trochę kłopotu z nałożeniem gumki, oboje nieszczególnie doświadczeni w tym zakresie. Seks za to był bardzo przyjemny. Adrenalina jej jednak skoczyła, gdy okazało się, że prezerwatywa zsunęła się w trakcie. Dobrze wiedziała, że zaraz będzie miała dni płodne. Nie mogła ryzykować ciąży. Pomyślała o pigułce następnego dnia. W Paryżu powinny być dostępne w aptece. Bez recepty.

- Ale ja nigdy nie kupowałam takiej pigułki, wstydzę się - wyznała nad ranem, mocno zdenerwowana.

Przyniósł jej więc świeże croissanty do łóżka i lek z apteki. Na szczęście nieźle mówił po francusku i nie miał problemu z wyjaśnieniem, o co mu chodzi. Łyknęła, w ciążę nie zaszła. Zastrzyk hormonalny był jednak tak wielki, że minęło pół roku zanim doszła do siebie.

Ich relacja rozpadła się wcześniej.

2. Maria

Wymyśliła sobie długą samotną podróż po Stanach Zjednoczonych. Podeszła do sprawy metodycznie i z kartką w ręku. Wiedziała, że różne rzeczy mogą jej się przydarzyć, także zdrowotne, także niekoniecznie chciane. Wiedziała też, że w poszczególnych stanach polityka dotycząca antykoncepcji wcale nie jest koniecznie tak samo liberalna. Nie chciała ryzykować.

Wybrała się do swojej ginekolożki w Polsce, opisała sprawę i poprosiła o pigułkę dnia następnego na wszelki wypadek. Żeby nie musieć szukać aptek lub lekarzy w Ameryce. Żeby mieć pewność, że nie wróci z małym Amerykaninem na pokładzie.

Ginekolożka grzecznie acz stanowczo jej wyjaśniła, że nie ma takiej opcji. Że pigułka ta jest zapisywana tylko wtedy, gdy jest rzeczywiście potrzebna oraz, że żeby ją przepisać, ginekolog musi się upewnić, że dana osoba nie jest w ciąży. Zaproponowała antykoncepcję hormonalną, łykaną codziennie. Takie są procedury. Takie jest życie. Była w tym jakaś niechęć lekarki, jakby to były fanaberie. Maria uznała, że nie ma sensu walczyć.

Zaczęła więc łykać pigułkę, której wcale nie chciała. Tego samego dnia napisała do kumpeli we Francji. Ta poszła do apteki w trakcie przerwy lunchowej, a potem na pocztę. Po 3 dniach Maria wyjęła ze skrzynki kopertę z lekarstwem, zapakowała do walizki, a przyjaciółce przelała 29 PLN.
Za pigułkę i znaczek. Inwestycja niewielka.

Wyprawa do Stanów się udała. Pigułka nienaruszona leży w jej apteczce.
I dobrze, bo antykoncepcja zastępcza ma dużo nieprzyjemnych efektów ubocznych.

3. Ania

W tym roku zrobiła sobie krótką przerwę od pigułki, co by organizm doszedł do siebie, i przez miesiąc stosowali z mężem prezerwatywy. Trójka dzieci na stanie, kolejnych już nie trzeba. Gdy więc w którąś sobotnią noc prezerwatywa się zsunęła, Ania spanikowała. W niedzielny poranek pobiegła do przychodni i grzecznie poprosiła młodego internistę o receptę. Panu zatrzęsły się ręce, podniósł głowę znad papierów i zapytał grobowym głosem: "Czyli prosi mnie Pani o środek wczesnoporonny?"
Po czym nastąpił wykład o tym, że tak nie wolno i że on nigdy. I że może co najwyżej dać jej skierowanie do szpitala. Na rozpoznaniu napisał, że pacjentka żąda leku wczesnoporonnego.

Pojechała więc do szpitala, gdzie dowiedziała się, że TAKA wizyta jest płatna. 200 zł. Fanaberie, znaczy się. Zgodziła się, co miała zrobić. Pani lekarka uprzejma i wszystko wyjaśniła. Jedyna miła w tej całej historii. Zrobiła jej USG, pokazała jajeczko, udowodniła, że ciąży nie ma i wysłała na obowiązkowe badanie krwi.

- Ja wiem, że Pani nie jest w ciąży, ale procedura wymaga, żebym sprawdziła Pani poziom HCG. To będzie 19 zł.

Odczekała więc swoje przed laboratorium, odepchnęła siłą woli karcące spojrzenie pielęgniarki i poczuła wspólnotę z inną pacjentką w podobnej - chyba - sytuacji. Wróciła do pani doktor i dostała upragnioną receptę. Na lek nowszej generacji.

Tańszy lek, ten za 89 zł, to dwie pigułki, ogromna dawka hormonów i nieciekawe efekty uboczne. Droższy lek kosztuje 150 zł, łyka się go tylko raz i efektów ma mniej. Ale też przecież ma.

Wsiadła w auto i pojechała do apteki dyżurnej. Była to wszak niedziela. Leku nie było. W drugiej pan głośno i dobitnie powiedział, że TAKICH leków to oni nie prowadzą. W trzeciej dostała. Lek wzięła. W ciąży nie jest.

400 zł i 4 godziny jej czasu. Tyle ją kosztowała ta impreza.

A co by zrobiła, gdyby nie miała tych pieniędzy? Gdyby mieszkała w małym mieście z jedną przychodnią i jedną apteką? Dlaczego wizyta w szpitalu była płatna? A gdyby w żadnej aptece dyżurnej jej wojewódzkiego miasta nie było leku? Bo oni "nie prowadzą". Czemu internista nie mógł wypisać jej recepty?

Siedzieli z mężem wieczorem nad kieliszkiem wina i nie mogli się nadziwić tej całej sytuacji.


- Bo ja sobie poradziłam - powiedziała - ale cała rzesza innych kobiet po prostu zaszłaby w ciążę. Niechcianą i wymuszoną. 







1 komentarz:

  1. a może zaczynać od instrukcji obsługi w paczce prezerwatyw. jak żyje długo na świecie żadna się nie zsunęła ;)))

    (dwanaście na trwałość relacji? jak po pierwszym weekendzie zostały tam więcej niż trzy - to lepiej sobie odpuścić z góry całą relację ;)

    OdpowiedzUsuń