czwartek, 22 sierpnia 2013

149. Wolę żałować, że coś zrobiłam, niż żałować, że odwagi mi zabrakło

Jeśli chodzi o wyjazdy, to mnie nie trzeba długo namawiać. To już chyba wiecie :)

Miał być spokojny weekend, robienie niczego, czytanie książek i bazarek z warzywami i owocami. Leżenie w łóżku i przytulanie się do kotów. Może jakiś spacer albo co.

Potem nagle się znajomi rozmnożyli z imprezami i zaproszeniami. W piątek jakaś babska nasiadówa pod Wwą, w sobotę kawa ze znajomą i szwendanie się po mieście z inną, w niedzielę piwo z bratem i może przeprowadzanie szafy od nich do mnie, bo to moja szafa i niepotrzebnie tam zajmuje miejsce.

I wtedy odezwała się Dż., że przecież mogłabym z nimi pojechać do Kazimierza, co by sobie na rowerach tam pojeździć i że tradycyjnie mają dla mnie rower i że w ogóle. Na takie dictum wpierw struchlałam, bo ortopeda trochę krzywo patrzył na to moje nadmierne jeżdżenie rowerem, bo i choroba Baastrupa i asymetria kości biodrowych i już nie pamiętam co, ale zasadniczo do rehabilitacji. A potem pomyślałam sobie, że jak mnie będzie boleć, to sobie zwyczajnie pojadę na rynek i posiedzę w słońcu (tak, wiem, ta wizja wymaga słońca i nie, nie hejtujcie proszę - słońce będzie!). I że za parę tygodni już nie będzie jak wyjeżdżać, więc wtedy sobie spokojnie poleżę w łóżeczku. Odpocznę na starość, że tak powiem :)

Więc właśnie ze spokojnego weekendu zrobił się wyjazd na dwa dni z przyjaciółmi. Kocham to.
A potem chwila w domu, jeden dzień w pracy, i wylatuję do Szwajcarii. To też kocham.

* * *

W czasie ostatniego śniadania na obozie przysiadł się do naszego stolika Eyal Yanilov i opowiedział o artykule który go poruszył. Widziałam wcześniej polskie przedruki tego tekstu, ale z przyjemnością wysłuchałam raz jeszcze tych 5 najważniejszych rzeczy, których ludzie żałowali na łożu śmierci.

1. Żałuję, że nie miałem odwagi żyć własnym życiem, zamiast życiem, którego inni ode mnie oczekiwali.
2. Żałuję, że tak wiele pracowałem.
3. Żałuję, że nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć.
4. Żałuję, że nie utrzymałem kontaktu z przyjaciółmi.
5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być bardziej szczęśliwym.

Tak sobie myślę, że jestem na dobrej drodze, żeby tak nie uważać pod koniec swojego życia i to mnie bardzo cieszy. Moje życie jest oczywiście momentami trudne i wkurwiające, jak na przykład ta kwestia stłuczki i zaległego podatku i kasy, której nie mam, a którą muszę jakoś wydobyć. Ale to zasadniczo nie zmienia mojego poczucia szczęścia, bo szczęście, jak wiadomo, jest przed wszystkim decyzją.
Dzisiaj zresztą się trochę wyżyłam na treningu i od razu endorfiny mi skoczyły. M. był na szczęście cierpliwy i napierdalaliśmy się bez zbędnych ceregieli. Państwo wybaczą to rynsztokowe wyrażenie, ale ono pasuje do kravki jak mało które.

* * *

W czasie lunchu rozmawialiśmy o graniu w lotto. Że znowu jakiś facet wygrał, że 11 milionów. I zastanawialiśmy się, gdzie jest bezpieczna granica, w ramach której można ogarnąć daną ilość pieniędzy, a kiedy zaczyna się szaleństwo i murowana depresja. Ja to bym chciała wygrać 2 miliony. Bardzo to sobie zgrabnie podzieliłam na spłatę zobowiązań (swoich i swoich najbliższych), na inwestycje, na drobne zakupy (auto, motocykl, rower) i na podróżowanie (100 000). Oraz oczywiście kapitał stały, którego bym nie ruszała. Na inwestycje poszłoby 200 000. Mały startup. Gdybym wygrała więcej, to kupiłabym być może jeszcze dom gdzieś na południu Francji. No to niech będzie 5 milionów. Ale naprawdę nie więcej.
Po cholerę mi więcej kasy?

* * *

Kwestia motocyklu jeszcze nie jest klepnięta, ale już prawie. Jak wszystko dobrze pójdzie, to przed końcem września będę miała swój własny bolid. I okropny debet w koncie.

* * *



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz